Problem z kochaniem

19. marzec 2013 - 13:53

KT: To zdumiewające, jak różnie można kochać dziecko. Skąd biorą się takie różnice? Jak uczymy się kochać?
MO: Żadna nauka nie odpowiedziała w pełni, czym jest miłość i jak się jej uczymy. W psychologii najlepiej mówią o tym teorie przywiązania, powstałe w połowie XX wieku. Ich autorem jest amerykański psychoanalityk John Bowlby. Obserwuję często, także wśród psychologów, że zajmujemy się naukowo i zawodowo zagadnieniami, które w jakimś stopniu nas osobiście dotykały. Takim potwierdzeniem jest biografia Bowlby’ego. Znakomity naukowiec i praktyk, który opisał mechanizmy powstawania relacji między dorosłym a dzieckiem i ich konsekwencjami na całe życie, sam miał ubogie emocjonalnie dzieciństwo. Jedna z jego biografii wspomina o jego matce, która wszem i wobec przechwalała się, że nie zajmowała się dziećmi i widywała je raz dziennie w pokoju dziennym między godziną 17 i 18. Ojciec Bowlby’ego pojawiał się jeszcze rzadziej, bo w niedzielę, w drodze do kościoła. Dziećmi zajmowały się surowe guwernantki. John Bowlby, podobnie jak wielu dorosłych wokół nas, całe życie odczuwał skutki tego deficytu miłości rodzicielskiej i dlatego stał się prekursorem zmiany w myśleniu u dzieciach i ich potrzebach.


KT: Opisujesz w tekście podobne przypadki. Jakie są konsekwencje takich relacji z rodzicem dla dziecka? Jak ono odczuwa ich braki? Jak się rozwija?
MO: Teorie przywiązania mówią, że jest kilka wzorców więzi, jakie dziecko może wytworzyć z dorosłym. To więzi bezpieczne i pozabezpieczne. Bezpieczne więzi to takie, w których dziecko ma przy sobie chociaż jednego dobrego opiekuna, który go kocha, zajmuje się nim, nie znika, daje mu to, co jest dla niego najważniejsze, czyli właśnie bezpieczeństwo.


KT: Mówisz o sytuacji Jasia z twojej opowieści?
MO: Tak, tata Jasia zakłada, podobnie jak większa część społeczeństwa, że dziecko, aby mogło się prawidłowo rozwijać, potrzebuje na pierwszym miejscu matki.


KT: A nie potrzebuje?!
MO: To naturalne, że matka podejmuje główną część opieki nad dzieckiem, bo ma z nim więź utworzoną w trakcie ciąży. Ale nie zawsze tak się dzieje. Są matki, które nie są dojrzałe, by być mamami, nie czują takiej potrzeby i nawet ciąża tego nie zmieni. Są też takie, które zostały przymuszone do urodzenia dziecka i nie są w stanie nawiązać z nim więzi.


KT: Jak pomóc takiemu dziecku?
MO: ...dziecku i matce. Bo w pierwszej kolejności trzeba zobaczyć, co brakuje takiej kobiecie, by mogła odnaleźć się w roli matki. Czasami to jest tylko kwestia zorganizowania jej wsparcia, psychicznego i fizycznego. Tego, by mogła czasami wyjść, podjąć pracę, spotkać się z koleżankami, by to dziecko przestało się jej kojarzyć z utraconym życiem. Nie wszystkie mamy chcą spędzać 24 godziny na dobę z dzieckiem i taka stała wymuszona obecność generuje w nich złość, a w skrajnych przypadkach odcięcie emocjonalne.


KT: Czy tak mogło być z mamą Jasia?
MO: Za mało o niej wiemy. Możemy tylko fantazjować, że na przykład mam Jasia została trochę siłą wprzęgnięta w taką rolę. Że tata Jasia może nie wprost, ale oczekiwał całkowitego poświęcenia dla dziecka. Że została odcięta od pracy, znajomych i obowiązków. Czasami ten świat, który równolegle toczy się obok dziecka, które nas niejednokrotnie wkurza, bo jesteśmy przemęczone, obciążone – ten świat jest dla nas ratunkiem. Są kobiety, które nie powinny zostawać w domu i tyle.


KT: Czy jest możliwe, że ktoś zastąpi Jasiowi mamę?
MO: W kwestii potrzeby więzi – tak. Dobra niania, babcia czy tata kompensują dziecku ten brak. Ono ma potrzebę kochania i musi mieć kogo kochać. W przypadku Jasia można mówić o tym, że miał taki bezpieczny wzorzec w relacji z nianią i tatą, może też z babcią. To wystarczy, by prawidłowo się rozwijać. Oczywiście, diabeł tkwi w szczegółach. Mało wiemy o zachowaniu mamy Jasia. Jeśli ona mu funduje taką huśtawkę emocjonalną jak mama Hani, czyli raz jest kochająca, słodka, dobra, a za chwilę go odrzuca, to dziecko tworzy z rodzicem tzw. więź ambiwalentną.


KT: Czyli chwiejną i niestabilną?
MO: Tak. I to jest jedna z owych więzi pozabezpiecznych. Powstaje ona w relacjach z rodzicem, który zachowuje się nieprzewidywalnie i dziecko ma na przemian dobre i złe doświadczenie w kontakcie z nim. Tak się dzieje w przypadku rodziców alkoholików lub zaburzonych psychicznie czy emocjonalnie. Może chodzić na przykład o mamę, która ma depresję albo chorobę dwubiegunową, czyli raz jest w stanie maniakalnym, a zaraz potem depresyjnym. Dzieje się też tak w przypadku osób niezaburzonych, ale takich, które nie potrafią stabilnie kochać. I z perspektywy dziecka to jest takie ciągłe oczekiwanie na to, że rodzic będzie miał te lepsze dni. Takich dzieci jak Hania trafia na terapię sporo.


KT: Czy terapia im pomaga?
MO: Pomaga, i to często. Terapeuta staje się, jak w przypadku Hani, jedyną szansą na nawiązanie głębokiej stabilnej relacji emocjonalnej. Dziecko przywiązuje się do swojego terapeuty i on go nie zawodzi.


KT: Dopóki rodzice nie przerwą terapii.
MO: Niestety, tak też się dzieje. Dla dziecka to jest kolejne doświadczenie zerwanych więzów. Im więcej mieliśmy takich doświadczeń w dzieciństwie, tym trudniej nam być w związku w życiu dorosłym. Stajemy się wtedy podobni do Ani, mojej kolejnej bohaterki.
Zaczynamy wtedy obluszczać partnera, bo podświadomie boimy się, że znów coś utracimy. To jest przeniesione doświadczenie z dzieciństwa: wciąż kogoś traciliśmy i teraz też się tego boimy. Stąd właśnie nadmierna kontrola, lęk przed odrzuceniem, ten rodzaj miłości, o której mówi Ania, że było jej za dużo.


KT: Czy relacja Ani z synem jest takim pozytywnym przykładem, że niekoniecznie kontynuujemy te wzorce z dzieciństwa w stosunku do własnych dzieci?
MO: To nie jest takie proste. Z jednej strony Ania chce dać swojemu dziecku wszystko, czego jej zabrakło, jak była mała, ale z drugiej strony w pewnym momencie dla dziecka, na przykład w okresie nastoletnim, nadmierna miłość rodzica staje się destrukcyjna. Dziecko ma potrzebę i nawet przymus separacji, by mogło rozwijać swą odrębną tożsamość. Kiedy tego nie ma, wszystko się zaburza. Miłość, która płynie przecież z najlepszych intencji matki, może wtedy z bezpiecznej stać się ambiwalentna. Z jednej strony jest jej dużo, ale z drugiej przestaje być dla dziecka bezpieczna, bo jest jej w nadmiarze, przytłacza go.


KT: Od razu przychodzi mi na myśl wiele znanych mi osób, które w ten sposób funkcjonują...
MO: ...bo wielu z nas miało trudne relacje z rodzicami. I właśnie to miałam na myśli, mówiąc ci na początku, jak bardzo skomplikowane jest pytanie o to, czym jest miłość i jak się uczymy kochać. Mimo tego, że mamy w psychologii opisane rodzaje wzorców, to każda sytuacja jest inna. Każdy z nas ma inny problem z kochaniem.


Artykuł z magazynu Gaga