O psie, który znalazł dom

19. marzec 2013 - 12:33

Wszystko zaczęło się od Kociej Babci. Przychodziła do sklepu ekologicznego Ewy Dumańskiej i wspominała o kolejnych znajdach, którymi się opiekowała i którym szukała domu. Słowa trafiały w pustkę, bo Ewa: a) nigdy nie miała zwierzęcia, b) nigdy nie chciała zwierzęcia, c) nigdy nie chciała psa, d) nigdy nie miała pragnienia, by opiekować się czymkolwiek poza swoimi dziećmi. – Już jako dziecko reagowałam dość obojętnie na psy i koty moich znajomych. Nie czerpałam przyjemności z głaskania ich, przytulania. W ogóle nie lubiłam się do zwierzaków przytulać – opowiada Ewa. Ale Kocia Babcia zobaczyła w Ewie to, czego ona sama nie mogła dostrzec, i nie rezygnowała. Niby przypadkiem, niby od niechcenia, snuła swoje kocie historie, a Ewę ogarniała wątpliwość. – Mam dom, ogród i nie chcę pomóc, a ona nie ma, a i tak pomaga. Może jestem złym człowiekiem? że jestem wyjałowiona z miłości do zwierząt, bo wyrosłam bez grama psiego kłaka czy kociego włosia, nigdy we mnie nie zasiano tego ziarna? – myślała. Ewa nie chciała, ale jednocześnie nie mogła przestać czytać. Decyzję przyspieszyła przyjaciółka, która była specjalistką od chust dla noworodków i przygarnęła bezdomnego kota. Ewa popłakała się ze wzruszenia, gdy zobaczyła zdjęcie kota, którego zachustowały jej dzieci. Postanowiła wtedy, że jeśli obudzi się rano i na tablicy FB Kocia Babcia znowu wrzuci jakąś znajdę, to ona tego kota weźmie. To często są osoby trzecie. Pasjonaci kotów, psów, ludzie o dobrych sercach i szaleńczej determinacji, dla niektórych dziwacy i oszołomy, pozytywni wariaci, którzy zrobią niemal wszystko, by znaleźć zwierzęciu dom. To ludzie, którzy kochają zwierzęta i czerpią z kontaktu z nimi terapeutyczne wręcz korzyści. Tak było też u Oli Kocurek, której dwie córeczki – bliźniaczki – urodziły się z mózgowym porażeniem dziecięcym. W przedszkolu w Gdyni po zajęciach pani dyrektor, psia przyjaciółka, organizuje spotkania ze zwierzętami Fundacji „Dogtor”, która jedną z pierwszych fundacji profesjonalnie zajmujących się zooterapią (animaloterapią) w Polsce. Wtedy jeszcze fundacja nie miała siedziby i organizowała zajęcia w przedszkolach. Przedszkole, do którego uczęszczają córeczki Oli, nie jest integracyjne, a jednak pani dyrektor, która sama kocha i posiada psy – dostrzegła korzyści z kontaktu jej podopiecznych z nimi. Dziś nawet, gdy dziewczynki mają jedenaście lat, pamiętają te pierwsze momenty ze zwierzętami i potrafią wymienić ich rasy i niektóre imiona. Kot był Wacik, bo biały. Wielki Bernardyn, którego trudno było obejść, owczarek niemiecki Rafa i labradorka Morka. 
Magda Madajczyk z Fundacji „Dogtor,” wolontariuszka dogoterapeutka w szkole specjalnej, wspomina historię autystycznej dziewczynki, która cierpiała na echolalię (powtarzanie słów lub zwrotów drugiej osoby). Na pytanie terapeutki: „Kogo lubisz, Justynko?”, dziewczynka odpowiadała tym samym. Po dwóch latach pracy z psem Justyna nagle odpowiedziała: „Piesa”. – Kontakt z psem jest głęboki emocjonalnie, wyzwala więc w dziecku silną potrzebę reagowania – tłumaczy Magda Madajczyk. – Rezultaty, poprawę, które trudno jest uzyskać z chorym dzieckiem w codziennej pracy, ułatwia obecność psa. Pies wzbudza niezwykłą motywację, jest jakby mediatorem między światem a dzieckiem. Okazuje się, że ze zwierzętami może też pomóc przezwyciężyć chorobę. Coraz częściej wskazuje się na skuteczność dogoterapii w pracy z dziećmi z zespołem Downa, porażeniem mózgowym czy autyzmem. W ciągu ostatnich kilku lat w USA i w Europie opublikowane zostały cztery duże raporty badawcze, które zgodnie stwierdzają, że psy zdecydowanie przyspieszają rozwój dzieci autystycznych. Ponadto od kilku lat brytyjski rząd zaczął wspierać tresurę psów dla dzieci niesłyszących. Pracujący na zlecenie rządu naukowcy doszli bowiem do wniosku, że specjalnie tresowane psy pomagają takim dzieciom się koncentrować, ułatwiają ich kontakt z rodzicami i rodzeństwem, a także zmniejszą ich stres, między innymi podczas snu.

 

Pies, który pomaga

 

Witek Tytko, ojciec Kuby z dziecięcym porażeniem mózgowym – który ma dziś siedem lat – kupił synkowi psa. Kuba dzięki labradorowi Balu potrafi siedzieć, dość sprawnie poruszać prawą ręką i zostawać sam w domu. Właściwie nie jest sam, bo zostaje z nim Balu. – Wiele spraw udaje nam się załatwić z Kubą poprzez Balu – mówi Witek. – Jak Balu patrzy, to Witek zje nawet coś, czego niespecjalnie lubi. Za nic w świecie nie mogliśmy wyskoczyć nawet na pięć minut do sklepu bez Kuby. A przecież ubieranie go i szykowanie tylko po to, by kupić bułki, było bezsensowne. Balu załatwił sprawę. Wychowali się od dziecka razem, bo pies został kupiony specjalnie po to, by wspomagać Kubę w leczeniu. Witek poczytał w Internecie na temat dogoterapii, skontaktował się z kilkoma fundacjami pomocy niepełnosprawnym i zdecydował, że synek musi mieć psa. Posłanie od początku znajdowało się pod łóżkiem Kuby. Jednak zanim pies był gotowy do pracy z nim, musiał odbyć dwumiesięczne profesjonalne szkolenie stacjonarne z trenerem. Balu wyjechał na dwa miesiące i wraz z innymi psami, którzy już pracowali z dziećmi, uczył się potrzebnych komend i sposobów reagowania. Gdy Balu wraca, w domu zaczyna się praca z Kubą. Komfort jest duży, bo pies jest na wyłączność i 24 godziny na dobę. 
– Jestem ostrożna w doradzaniu kupna psa na dogoterapeutę – mówi jednak Magda Madejczyk. – Jest to duży wydatek finansowy wynikający z potrzebnych dodatkowych szkoleń i utrzymania psa. Nie każdego na to stać. Poza tym pies to kolejny członek rodziny, którym trzeba się zaopiekować, a szczególnie przy dzieciach niepełnosprawnych jest to trudne do uniesienia przez zmęczonych i zapracowanych rodziców. 
– Przy dwójce niepełnosprawnych dzieci nie znajduję żadnej wolnej minuty, a przecież pies to byłoby moje trzecie dziecko – mówi Ola. Myślała o tym, by kupić psa dla dziewczynek, ale zdecydowali się z mężem na zajęcia z dogoterapii, bo pies wymagałby od nich zbyt dużego zaangażowania. Magda Madajczyk dodaje: – Czasami praca z psem obcym daje lepsze efekty niż z własnym, bo dziecko traktuje to jako nowy bodziec w codziennej rutynie ćwiczeń. Pies w domu jest kochany, pomocny, ale jest „mój”, a przyzwyczajenie do zwierzęcia, obcowanie non stop, może zmniejszyć motywację do ćwiczeń. Nierzadko przychodzą do nas dzieci, które mimo posiadania własnego psa, korzystają z zajęć. – Poza tym czasami rodziny kupują jakąś określoną rasę przekonani, że z racji już samego pochodzenia pies nadaje się na dogoterapeutę. A nie zawsze tak jest: nie każdy rasowy pies może być pomocnikiem, a psem pomagającym może być nawet mieszaniec, byle miał określone cechy charakteru. Witek, który po własnych doświadczeniach ma hodowlę labradorów, zgadza się z tą opinią całkowicie. – Przychodzą do nas ludzie, którzy są przekonani, że kupią labradora, on podrośnie i sam z siebie będzie pomagał. A my zawsze przekazujemy im informację, że taki pies musi przejść szkolenie i powinien być konsekwentnie prowadzony w domu przez człowieka. Labradory są z natury łagodne, ale przy nieodpowiednim wychowaniu lub w wyniku doznanego od człowieka zła mogą również reagować agresywnie.

 

Chcemy tego bez ogona, mamo

 

Beata Dziewońska od zawsze marzyła, by mieć labradora. Nie dlatego, że rodzinny – czym sugeruje się większość ludzi, ale z powodu tego, że to pies pracujący. Marzyła o tym, by nauczyć go aportować, skakać, pływać. Ani przez chwilę nie przeszło jej przez myśl, by psa kupić. Od początku wiedziała, że trzeba zwierzę ZAADOPTOWAĆ. Nie kupić, nie zamówić u hodowcy, nie zapłacić i mieć, ale adoptować zwierzę, które z jakiś powodów zostaje bez domu. Dzieci, o dziwo, rozumieją od razu tę potrzebę. 
– Nie możemy wziąć tej suni, mamo, tylko tego bez ogona – mówi nagle głośno siedmioletni syn Beaty, Maciek, gdy szukają wraz z trójką pozostałego rodzeństwa na stronie Fundacji Pomocy Labradorom „Prima” psa dla siebie. Beata odwraca się zdziwiona i pyta: – Dlaczego? Przecież chcieliście suczkę. Michał patrzy na nią uważnie i mówi: – Przecież on nie ma ogona. Nikt go nie weźmie. Fakt, nie ma ogona. Fakt, ludzie nie chcą psów bez ogona. Fakt, ludzie nie chcą psów z wadą, chorych ani starych. Dlaczego dziecko zrozumiało to szybciej niż ja?. Zawstydza się i podejmuje decyzję o adopcji Largo. 
– Świat dziecka jest bardzo prosty. Są słabsi i silni. Gdy od początku uczymy dziecko, by opiekować się na przykład zwierzęciem, generalizuje to potem w stosunku innych słabszych istot – mówi Patrycja Rzepecka, psycholog z Centrum Psychoterapii i Rozwoju SWPS. – Dorośli, którzy instynktownie nie dążą do zaopiekowania się zwierzęciem (jeśli mają ku temu warunki fizyczne) to mogą być osoby, które nigdy nie miały takiego doświadczenia i się tego zwyczajnie obawiają, takie, które nie chcą brać odpowiedzialności w swoim życiu lub mają trudności z bliskim kontaktem. Bo przecież opiekowanie się jest czymś niezwykle intymnym.

 

No więc jest

 

Na tablicy Ewy Dumańskiej na FB pewnego dnia pojawił się kot. Mały, rudy, chudy, zdziczały. Uratowany przez Kocią Babcię z piwnicy. Taki zwinięty w kulkę, co zmieści się w dłoni. Ewa uważa, że to sygnał z góry, że już czas. Czas dojrzałej decyzji POMIMO. Pomimo braku chęci, mimo czwórki dzieci i dziadków w jednym domu, mimo lęku i obaw związanych z tym, co będzie, jak kota nie pokocha. Pomimo nie znika w chwili, gdy kot drapie pazurami, ucieka, miauczy przeraźliwie ze strachu. Pomimo znika, gdy Ewa widzi reakcję swojej rodziny. Dzieci mówią, że wreszcie wszystko jest na miejscu. Tylko mąż martwi się, że kot musi mieć towarzystwo. I tu historia Ewy dopiero się zaczyna, bo kilka miesięcy później sama nie wierzy w to, że z czwórką dzieci odwiedza schronisko, by adoptować towarzysza dla Kminka. 


Zanim jednak dojdzie do kociej części schroniska, musi „reanimować” dzieci, które pierwszy raz widzą takie miejsce, słyszą skowyt i błaganie każdego psa, by go zabrać. Tuli swojego syna, gdy nagle dostrzega rozszlochaną panią trzymającą małą włochatą kulkę. Pomylona z pracownikiem schroniska zaczyna z nią rozmawiać. Pani musi oddać psa, ale jej rozpacz jest tak autentyczna i przejmująca, że w jednej sekundzie Ewa podejmuje decyzję, by go zabrać do siebie. Właścicielka nie może uwierzyć we własne szczęście, a Ewa w to, że to zrobiła. Nie chciała niczego, a dziś ma psa i kota. – Oczywiście, że zwierzęta przeorganizowały nam życie. Wstaję wcześniej niż kiedyś. Wyprowadzam Trufla, wracam, daję karmę jemu i Kminkowi, kotu. Często odprowadzam z psem syna do szkoły a jego rozpiera duma. Mam wrażenie, że wszystkim nam to dobrze zrobiło. Mój syn, który nie odchodziłby od kompa, musi ujarzmiać swojego rozszalałego psa. Bo Trufel ma niespożytą energię, podobnie jak syn. Mam wrażenie, że dzięki niemu Jeremi rozładowuje napięcie oraz nadmiar aktywności. 
I tak właśnie jest: w latach 70. odkryto, że głaskanie psa lub kota czy też mówienie do nich obniża ciśnienie tętnicze oraz redukuje napięcia psychiczne. Kontakt z psem ułatwia dziecku wyrażanie emocji – mówi Patrycja Rzepecka. – W relacji z psem jest ono szczere i spontanicznie okazuje uczucia, głośno się śmiejąc lub krzycząc, przestaje bać. Ewa zwraca też uwagę na to, że pies i kot są takim spoiwem rodzinnym. Czasami, jak wszyscy się rozpierzchniemy do swoich prac i obowiązków, to gdyby nie zwierzęta, wspólne życie rodzinne zanikałoby na ten czas. A one wymagają od nas tego, by wracać do domu o przyzwoitej porze, uniemożliwiając sytuację, że nikogo nie było w domu dłużej niż kilka godzin. 

Dzieci Beaty Dziewońskiej pomagają jej w działaniach w Fundacji „Prima”. Bo Beata dziś jest w zarządzie fundacji i zajmuje się adopcjami. – Czasami, jak słyszę, jak moje dzieci tłumaczą innym, dlaczego nie kupować, tylko adoptować, pękam z dumy. Gdy ludzie pytają, co się stało z ogonem naszego Largo, natychmiast pada odpowiedź: „Bo on miał wypadek i myśmy go adoptowali”. Wiem, że one są świadome tego, jak ważne jest to, co robimy. Dzieci, których domy stają adopcyjnymi dla psów, mają taką przyspieszoną lekcję dojrzałości. Poznają nie tylko urok szczenięcych zabaw, ale również lęk, smutek słabszej od nich istoty. Uczą się, że nie wszystko jest w kolorach tęczy, a pies – podobnie jak człowiek – może nosić w sobie najkoszmarniejsze doświadczenia. I że czasami dobry ufny stosunek psa trzeba sobie wypracować. Być cierpliwym, delikatnym i wrażliwym. – Szczególnie dotyczy to psów starszych, do których adopcji dochodzi najrzadziej – przekonuje Beata. – Przy małych dzieciach im starszy pies, tym lepiej. Bo jest stateczny – mówi. – Taki pies ma więcej wyrozumiałości niż młody, jest cierpliwszy i opiekuńczy. Jednocześnie obserwuję u swoich dzieci, że do starszego psa podchodzi się jak do starszego członka rodziny – z szacunkiem. Taki pies nie zawsze ma ochotę się bawić. Czasami choruje albo ma problemy ze stawami, więc nie może szybko biegać. – Dzieci uczą się szanować czyjeś granice i możliwości.

 

Ja już mam do kogo się przytulić

 

W bajkach dla dzieci występują zwierzęta, niektóre testy psychologiczne dla dzieci oparte są o zwierzęcych bohaterów. Badania pokazują, że małe dzieci (między trzecim a dziesiątym rokiem życia) łatwiej identyfikują się ze zwierzętami niż z dorosłymi ludźmi, może dlatego że podobnie jak one wymagają opieki dorosłego. Zwierzęta w tych testach podobnie jak ludzie: jedzą, śpią, bawią się, grają. Terapeuta pyta dziecko o to, co jego zdaniem myśli zwierzątko w danej chwili, a dziecko wkłada w tę wypowiedź własne uczucia i myśli. I dzięki temu dorosły ma do nich dostęp. Gdy nauczycielem dziecka jest pies, ma ono często większą motywację do wykonania zadania. – Gdy wkładaliśmy Kubie smaczka do zaciśniętej piąstki, dzięki lizaniu ręki przez psa, Kuba ją otwierał. – opowiada Witek Tytko. – Na obozie rehabilitacyjnym dogoterapeuci smarowali stopy jednej z córek pasztetem. Pies ściągał skarpetki i lizał jej nogi, co oswajało ją z dotykiem potrzebnym do masowania, którego Emilka nie lubiła – dodaje Ola Kocurek. Gdy Halinka miała kłopoty z trzymaniem równowagi, ćwiczyła z psem chodzenie po ławeczce i tak nauczyła się ładnie chodzić. Najważniejsze jednak dla Oli było kształtowanie w dziewczynkach poczucia sprawczości. – Większość czynności szczególnie przy córce wykonuję ja – mówi. W kontakcie z psem Emilka czuje się jego panią. To jedyny moment, gdy tak wyraźnie widzi, jak jej działania przynoszą natychmiastowy efekt. Przynieś. Podaj. Waruj. I pies wykonuje polecenia, a ośmioletnia Emilka jest spełniona i dumna. Najbardziej niezapomniany w tym był bigiel Pablo, który na zawołanie szedł spać. Druga córka Halinka mówiła: „Dobranoc”, a Pablo kładł się i zamykał oczy. Halinka mówiła: „Dzień dobry”, a Pablo otwierał oczy i wstawał. Śmiały się do rozpuku. Magda Madajczyk zwraca uwagę, że posiadanie psa przez osobę niepełnosprawną wyrabia w niej większą samodzielność i odpowiedzialność za drugą żywą istotę. Wzrasta dzięki temu jego poczucie wartości i odwraca uwagę od dolegliwości. Dzieci z różnymi zaburzeniami rozwoju często cierpią nad nadwrażliwość sensoryczną, która polega na tym, że nieadekwatnie silnie reagują na bodźce zmysłowe. Zwykłe wkładanie czapki może dziecko boleć. Kontakt ze zwierzęciem daje niezwykłą możliwość do oswajania przez dziecko dotyku. Ola przyznaje, że jej dziewczynki nie tolerowały z początku dotykania, nie tolerowały futer. Dogoterapia w tym wypadku przyniosła cudowne efekty. Poznawanie, gdzie jest oko, a gdzie psa ucho. Z wyczesanych włosów psa wyklejanie portretu. Dziś dziewczyny nią mają problemu z dotykiem, Emilka pozwala się masować. Mają nawet w domu kota. Ewa obserwuje, jaką przyjemność sprawia jej dzieciom tulenie psa i kota. Patrzy na to ze wzruszeniem i trochę żalem, że jako dziecko nie miała takich doświadczeń. Zauważa jednak, że sama więcej się przytula. Teorie o roli zwierzęcia w życiu dziecka wysnuł jako pierwszy w połowie lat 60. amerykański psychiatra dziecięcy Boris Levinson. Twierdził on, że zajmowanie się w dzieciństwie zwierzęciem może sprzyjać nabywaniu tolerancji i odpowiedzialności, większej wrażliwości na uczucia i postawy innych ludzi, a także uczyć samokontroli. Zaznaczał też dobroczynny wpływ obecności zwierzęcia na rozwój emocjonalny dziecka, będąc z nim stale w przyjaźni. 
Josh Billingd, amerykański humorysta, napisał kiedyś takie zdanie: „Pies jest jedynym stworzeniem na ziemi, które kocha cię więcej niż siebie samego”. Nie ma bardziej terapeutycznego czynnika niż bezwarunkowa i nieoceniająca miłość. Doświadczenie od najmłodszych lat relacji, w której dziecko otrzymuje taką miłość, jest źródłem samego dobra. Beata dodaje: – A jeśli przy okazji tworzymy dziecku okazję do uratowania jakiegoś psiego życia, może to być najcenniejsza lekcja w jego życiu.

 

 Uważał, że ta jedyna w swoim rodzaju zdolność dawania bezwarunkowego, nieosądzającego uczucia, decyduje także o terapeutycznym znaczeniu zwierząt

Artykuł z magazynu Gaga