Miłość bezbrzeżna, miłość zaginiona

19. marzec 2013 - 13:07

PIĄTEK, GODZINA 17.00

 



Ma sześć lat i ani na chwilę nie chce zostać sam, beze mnie – opowiada Ania, drobna szatynka. – Odkąd się urodził, dosłownie tylko kilka razy nie byłam w domu na noc, a i tak najczęściej kończyło się to wyciem i trzymaniem mnie w progu za spódnicę. To śmieszne, że ma tak tylko w stosunku do mnie, mimo że w jego życiu jest jeszcze tata, moja mama, teściowa. A tylko ze mną ma taką więź.
Jest pani z tego dumna? – pytam. – Trudno powiedzieć – odpowiada. – Z jednej strony czuję się wyróżniona, ważna, może nawet niezbędna, z drugiej strony to męczące, bo nie mogę mieć własnego życia. Powoli tracę też męża, który mówi, że nie jest mi już do niczego potrzebny. – A jest pani potrzebny? – dopytuję się. Zamyśla się na chwilę: – Nie wiem... – Cisza. – Chyba nie – dodaje. – Niech pani mnie dobrze zrozumie, mój mąż jest bardzo dobry dla mnie, ale ja zawsze chciałam mieć kogoś tylko dla siebie, na wyłączność. Tak jak białego królika, którego mama wysłała mi ze Stanów. – Białego królika? – To był taki pluszak z długimi uszami, nic nadzwyczajnego, ale wtedy w Polsce nie było zbyt wielu zabawek. Poza tym to było od mojej mamy. Pluszak zamiast niej.
A gdzie była pani mama? – Wyjechała do USA, do pracy. Była kelnerką. Była bardzo ładna, pamiętam jej długie jasne włosy i zapach, jak mnie przytulała. Ale to są bardzo stare wspomnienia, chyba miałam wtedy cztery lata. Bo zaraz potem wyjechała. – Widywała ją pani? – Rzadko. Na początku tak, przyjeżdżała do nas raz na trzy miesiące na tydzień i zawsze na święta. Potem założyła drugą rodzinę i urodził się mój brat. Wtedy pojawiała się już bardzo rzadko. Jeździłam ją odwiedzić, gdy przysyłała pieniądze na bilet.
A tata? Gdzie był pani tata? – Mój tata mieszkał osobno, ja mieszkałam z babcią. Odwiedzał mnie często, ale słabo się z babcią dogadywali. Ona miała do niego wiecznie pretensje o to, że mama musiała wyjechać, bo on słabo zarabiał. Potem tata też się ożenił, ma dwoje dzieci. Tak, mamy kontakt, ale najbliższa była mi babcia. Chociaż ona też była specyficzna. Kochałam ją, ale też trochę się jej bałam. Była surowa i dużo krzyczała na mnie, że mam się uczyć, nie łajdaczyć, nie zajść w ciążę i porządnie ubierać. Dzisiaj to rozumiem, byłyśmy tylko we dwie i musiało być jej naprawdę ciężko.
Wspomnienia z dzieciństwa? Chyba ten biały królik. Jadę do taty na obiad z królikiem, lecę z królikiem do mamy, królik i ja jesteśmy w drodze na wieś do siostry mamy i siostrzeńców. Chyba tam najbardziej lubiłam jeździć, wie pani, bo tam było tak rodzinnie. Siadaliśmy razem do stołu i ciotka białą chochlą nalewała nam zupę: najpierw wujek, potem najstarsze dziecko, kolejne i ja. Czułam się częścią tej rodziny. Bo ja byłam taką przylepą. Jak tylko trafiałam do jakiejś rodziny, to natychmiast czułam, że jestem jedną z nich. Nawet jak chodziłam na korepetycje z francuskiego, to jadałam obiady z rodziną tej pani. Podobnie było, gdy reperowali mi kręgosłup. Zostawałam po zajęciach do samego końca, tylko po to, aby zobaczyć, jak po panią fizjoterapeutkę przychodził mąż z małym synkiem. Szłam za nimi niemal pod ich dom i wyobrażałam sobie, że mieszkamy razem. Wiem, to chore, ale tak właśnie wtedy się czułam. Takim bluszczem. Przyklejałam się do ludzi jak superglue i w takim stanie zamierałam.
Powiem pani, że problemy zaczęły się, gdy byłam nastolatką i zaczęłam zakochiwać się w facetach. Bo to było dokładnie tak samo. Natychmiast zalewała mnie fala miłości, a ja nią zalewałam chłopaka, który zaczynał tonąć. Nikt nie mógł tego znieść. Tego było za dużo. Trudno sobie wyobrazić, że miłości może być za dużo, prawda? Ale ja jej miałam w nadmiarze. Uciekali ode mnie wszyscy po kolei. I każdy mówił to samo: „Jesteś za bardzo. Za cudowna. Za miła, za dobra”. Wie pani, ja tego nie rozumiałam. Bo jak nastolatka może zrozumieć komunikat, że kocha za bardzo? Więc znalazłam męża. Był zajęty sobą i swoją pracą. Trzymał mnie na dystans, a to nie pozwalało mi wejść znowu w mój schemat. Chyba go nie kochałam, ale to mnie właśnie ratowało. Przestałam być bluszczem. Jak urodziłam syna, odczułam ulgę. Mogłam kochać jak chciałam.
Jak nazywał się pani królik? – pytam ją. – Patrzy na mnie lekko zdziwiona: – Królik? Nazwałam go Ignacy. – Tak jak syna? – Nie, to byłaby przesada nazywać syna imieniem królika. Ale jest pani blisko, pierwsza maskotka, którą mu kupiłam, była takim brązowym niedźwiadkiem i ją nazwaliśmy Ignacy. – Nazwaliście, czy pani nazwała? – Ja nazwałam. Pomyślałam wtedy, że to będzie taki łącznik między mną a synem. – To trochę tak, jakby przywracała pani swoje dzieciństwo w jego życie, prawda? Cisza: – Tak, ale nigdy tak o tym nie myślałam.

 



Piątek, godzina 18.00

 



Widziała pani ten film „Musimy porozmawiać o Kevinie”? – pyta mnie wysoki czterdziestolatek. Siada na moim fotelu. – Tak, widziałam – odpowiadam i posłusznie zajmuję miejsce naprzeciwko. – To jest film o mojej żonie i synu – mówi. – Nie wiedziałem, że żenię się z psychopatką.
Czy może pan opowiedzieć trochę o waszym życiu, o synu, jego mamie? Chciałabym usłyszeć więcej, zanim dojdziemy do jakiejkolwiek diagnozy. – Nie rozumiem tego, wie pani, ona wydawała się taka dobra i ciepła. Właściwie to idealnie odpowiadała mojemu wyobrażeniu kandydatki na matkę. Nie musiała pracować, zajmować się domem, niczym. Miała skupić się tylko na macierzyństwie. – Czy ona tego chciała, czy pan tego oczekiwał? – Ależ ja nie jestem despotą! – patrzy na mnie z wyrzutem. – Po prostu jej to zaproponowałem, a ona to przyjęła. „Przyjęła, ale nie oznacza, że chciała”, myślę, ale słucham go dalej. – Ledwo Jaś się urodził, to ona dostała depresji. Nie wiem, czy tylko udawała, żeby się nim nie zajmować, czy też może rzeczywiście źle się czuła, ale leżała całymi dniami i wpatrywała się w telewizor. Nawet Jasia nie karmiła. Dzwoniła tylko po moją mamę, która nam wtedy pomagała. Zresztą, chwilę później zorientowałem się, że potrzebujemy dobrej niani. Dziś Jaś ma trzy lata, a ja mam wrażenie, że kocha bardziej ciocię Tereskę niż mamę...
Czy ona ma imię? – przerywam. – Dorota. Moja żona ma na imię Dorota. Wysoki czterdziestolatek milknie. – Czy Jaś sprawia wam trudności, coś pana niepokoi w jego zachowaniu? – Nie – odpowiada. – Jaś jest niezwykle pogodnym i ufnym dzieckiem. Rozwija się chyba prawidłowo, lubi się śmiać i przytulać. Właśnie poszedł do przedszkola i świetnie sobie radzi. Nie, nic złego się nie dzieje. – To dlaczego przyszedł pan do mnie? – Dlaczego?! – patrzy na mnie z zaskoczeniem i chyba irytacją. – Mój syn ma matkę, która go nie kocha. Czy może wyrosnąć na zdrowego człowieka? – Tak, może. – Jak? – To nie jest sytuacja idealna, gdy mama ma trudność w kochaniu lub zajmowaniu się dzieckiem. Ale to nie żona tu przyszła, tylko pan. Najwidoczniej nie chce tego zmienić. – To prawda, odmówiła terapii – odpowiada smutno. – No właśnie. Są sytuacje, których nie możemy zmienić. Możemy się więc skupić na tym, czy to, co dostaje Jaś, jest wystarczające, by mógł się prawidłowo rozwijać. Z tego, co pan mówi, wydaje mi się, że tak jest. Ma tatę, który go kocha i troszczy się o niego, ma babcie i ukochaną nianię, która zastępczo wypełnia za żonę funkcję macierzyńską. Świat dzieci nie jest podzielony sztywno na mamę, tatę, babcię, dziadka. Świat dzieci jest światem ludzi, którzy go kochają, i to nie zawsze są rodzice. Wiem, że to, co mówię, może pana dziwić, ale taka jest ludzka natura. Każdy człowiek musi się do kogoś przywiązać i pana syn ma wokół siebie takie osoby. – Ale dlaczego ona nie chce być mamą Jasia? – pyta zrezygnowany. – Nie chce? Może nie może. Nie umie. – Dlaczego? – Nie wiem.

 



Piątek, godzina 19.00

 


Haniu, zostaw te cukierki! – słyszę donośny głos zza drzwi, który próbuje uspokoić rozbrykaną siedmiolatkę. – Pani zaraz po ciebie wyjdzie. – Ale jest już trzy po szóstej! – mówi dziewczynka i słychać, że biega dalej. Uśmiecham się. Hania, drobna, z brązowymi mysimi włosami, jak moje w dzieciństwie, nie lubi, jak się spóźniam. Z każdą minutą jest bardziej niespokojna. Źle reaguje na zmiany. Mam siedzieć na tym samym pufie co tydzień temu i dwa tygodnie przedtem. Puf ma być zielony. Nie, nie niebieski. Zielony.
Nie lubisz niebieskiego? – Lubię, ale wolę jak pani siedzi na zielonym. Raz Hania jest wyraźnie wkurzona na mnie. Gdy obcinam włosy. Patrzy na mnie wściekła i pyta, dlaczego to zrobiłam. – Myślałam, że tak będzie ładniej – wyciągam do niej rękę. – Nie, nie jest ładnie, wygląda pani brzydko. Z Hanią tak jest. Jestem śliczna, a zaraz potem brzydka. Lubi mnie, a potem nie znosi. Chce przychodzić, a mówi, że nie chce. To nie przekora. Hania ma milion sprzecznych uczuć w sobie, bo jej codzienność jest walką miłości i złości, strachu i zaufania, bliskości i odrzucenia.
Mama Hani pije. Pije właściwie od momentu, gdy Hania przyszła na świat. Prawdopodobnie to był jej sposób na depresję poporodową. A może piła już wcześniej? Nie wiem, bo mama Hani nie chce rozmawiać o sobie. Chce, żeby zreperować jej dziecko, które potrafi nieoczekiwanie wpaść w furię i rozwalić wszystkie zabawki w pokoju, a zaraz potem jest najsłodszym przytulakiem na świecie. Skąd w niej taka huśtawka? Mama Hani ma lepsze i gorsze dni. Gdy układa się z jej partnerem (tata Hani mieszka zagranicą), potrafi nie pić nawet przez dwa tygodnie. Wtedy świat Hani jest pełen najpiękniejszych kolorów. Hania przychodzi do mnie i rysujemy pastelami, robimy mamie bransoletki z koralików, wyklejamy ramki na zdjęcia. – Może zrobiłybyśmy coś do twojego pokoju? – pytam, gdy dziergamy sto pięćdziesiątą piątą rzecz dla jej mamy. – Nie, moja mama uwielbia dostawać prezenty ode mnie – mówi. – Dzięki nim nie pije.
Czasami prezenty tracą magiczną moc, bo mama ma gorszy czas w pracy albo Wojtek jest niedobry, albo mama zwyczajnie źle się czuje fizycznie. Hania tłumaczy mi wtedy, dlaczego znów nic nie chce się jej robić na sesji. Malowanie jest nudne, granie nudne, ja jestem nudna. Hania chciałaby, żeby zabrać ją i jej mamę na jakąś wyspę i żeby tam nie było nikogo oprócz ich dwóch. – Ja bym mogła robić nawet zupy z kokosa – tłumaczy. – Żeby tylko mama nie musiała się o nic martwić.
To śmieszne, ale kiedy Hania ma przyjść, zawsze układam rzeczy w swoim pokoju tak, jak je zostawiła tydzień wcześniej. Rozumiem Hanię, wiem, dlaczego to tak dla niej ważne. W jej świecie chaosu i nieprzewidywalności nasze spotkania są stabilnym punktem jej życia. Każde zakłócenie w moim pokoju przywołuje uczucie niepokoju, które towarzyszy jej w codzienności. Mama Hani odmawia terapii, a ja nie mogę odmówić terapii Hani mimo braku współpracy ze strony najważniejszego czynnika, który uleczyłby Hanię. Jestem strażnikiem jej bezpieczeństwa. Wiem o tym. Dziś słyszę, że mama Hani jest w lepszej formie. Przyglądam się przez szparę w drzwiach, jak próbuje łaskotać córkę i jak dziewczynka głośno się śmieje. „Tak dawno nie słyszałam twojego głośnego śmiechu, Haniu”, myślę. Spróbuję dziś jeszcze raz porozmawiać z mamą. Nie przestanę próbować, bo uwielbiam twój śmiech, Haniu.

 


Piątek, godzina 20.00

 



Siadam sama w pokoju i myślę o historiach, których dziś byłam częścią. O tym, jak różnie kochamy swoje dzieci, i o tym, jak bardzo nasze własne doświadczenia mają na to wpływ. My, psychologowie, lubimy mówić o miłości bezwarunkowej, a do takiej zalicza się miłość rodzicielska. „Nic nie musisz zrobić, aby być kochanym – miłość matki nie jest obwarowana żadnym warunkiem (…). Nie trzeba jej zdobywać....” – pisał wybitny niemiecki psychoanalityk Erich Fromm.
To prawda... gdy mówimy o miłości idealnej. Pamiętajmy jednak, że są dzieci, które takiej miłości nie doświadczą. Zarówno te w domach dziecka, jak i w domach naszych znajomych i sąsiadów. Nie zabieramy mamom mocy sprawczej ich miłości, mówiąc, że nie tylko one mogą nauczyć dziecko kochać. Dajemy tylko szansę innym: ciociom, wujkom, nauczycielom, opiekunom, by pozwolili dziecku ich kochać. Pograć z nim czasem w szachy, zabrać na rower, zaprosić na obiad, nawet jeśli nie jest ich. To nie musi być terapeuta. Wystarczy dobry dorosły, który pochyli się nad dzieckiem, które tego potrzebuje.


Artykuł z magazynu Gaga