Marketingowy bełkot, czyli jak wydać mniej na dziecko.

17. kwiecień 2015 - 9:14

Ktoś kiedyś powiedział w finansowej dyskusji, że na dzieci można wydać “wszystko co można wydać”. Pieniędzy rodziców pilnują wielkie i małe firmy - troszczą się zawzięcie, aby jakiś rodzic przypadkiem na dziecku nie zaoszczędził. Od ubrań po zabawki, od tornistra po kształt widelca - tysiące marketingowych przekazów codziennie przekonuje rodzica, że jeśli kocha to musi kupić. Jeśli dziecko nie ma, to jest nieszczęśliwe. Albo będzie chore. A jak nie chore, to na pewno głupie.

A może… (aż strach napisać)... to wszystko wielka ściema? Może czas przestać dawać robić z siebie idiotę? Wystawić środkowy palec w czasie bloków reklamowych. Ze złośliwym uśmiechem udowodnić sobie/światu, że szczęśliwego, mądrego i fajnego człowieka można wychować za ułamek tego, co wmawia się rodzicom.

Zabawki przede wszystkim
Co “każe” się kupować rodzicom? Pierwsze skojarzenie - zabawki. Marketingowcy są czujni i już od pierwszych tygodni dziecka przekonują, że absolutnie niezbędne są dla niego wszelkie “rozwijające koordynacje półkul” karuzele nad łóżeczko. Warto się przyzwyczaić, bo od tego momentu wszelakie edukacyjne walory będą w reklamach towarzyszyć prawie każdej zabawce. Nawet o najgłupszej można przecież powiedzieć, że “rozwija wyobraźnię”... Bo kto udowodni, że nie rozwija? A przecież każdy rodzic chce mieć dziecko z rozwiniętą wyobraźnią…
Zabawki zaczynają stanowić oddzielną i niemałą pozycję w domowym budżecie. Bombardowanie reklamami z czasem obejmuje też i dziecko, które w cudownie łatwy dla producenta sposób daje się wmanipulować w walkę o portfel rodzica. W domach pojawiają się lalki, domki, samochodziki, klocki oraz milion innych “niezbędnych i rozwijających” artykułów. Sterta rośnie. Te dzisiejsze przykrywają te sprzed tygodnia. Świąteczne są na urodzinowych. A za chwilę jeszcze kolejna okazja....

mamadu.pl