Marieta Żukowska nie taka znowu femme fatale

27. maj 2013 - 13:03

Spotykamy się w „Kredce“ ulubionym miejscu świeżo upieczonych mam. Marieta przychodziła tu jeszcze zanim Pola była na świecie. Patrzenie na brykające dzieci     wprowadzało w jej szaleńcze życie rytm i spokój.  Na wywiad przyszła z córeczką, która po krótkiej drzemce, chce tego, co wszystkie dzieci: uwagi. Dlatego przed nami nie najłatwiejsze zadanie.

Rozmawia: Iza Farenholc

IF: Od kiedy zobaczyłam Cię w „Nieruchomym poruszycielu“ Łukasza Barczyka stałaś się dla mnie nową femme fatale polskiego kina. Zresztą reżyserzy    tak cię obsadzają. Mroczna i niedostępna Marieta. A widzę kogoś skrajnie innego.

MŻ: Filmowi, bo teatralni, na przykład Mariusz Grzegorzek, widzi we mnie światło i jasność. A akurat Łukaszowi zależało, żeby bohaterka była mocno emocjonalnie naładowana, czyli miała predyspozycję do ekstremalnych stanów. Grałam tam ofiarę przemocy fizycznej i miałam wewnętrzne przekonanie, że to ważny film. Warto było przez to przejść, bo to ważny temat. I właśnie to jest wspaniałe w zawodzie aktora, że mogę przekraczać własne granice, szukać zupełnie innych emocji.To podniecające i ciekawe, że znajdujesz w sobie rejony, do których w normalnym życiu nigdy byś nie śmiała nawet dotrzeć. Mam w pewnym sensie przyzwolenie na niegrzeczne rzeczy.

IF: Których nawet możesz wcale nie mieć w głowie...

MŻ: Tak, a powoli je odnajdujesz i jak papierek lakmusowy nasycasz się różnymi barwami emocji. Cudowne, a zarazem wyczerpujące, ale wynika z potrzeby ekstremalnych emocji. Ludzie, którzy nie potrzebują tego w życiu, nie zostają aktorami. Choć są też artyści, którzy nie chcą grać tak dogłębnych postaci, nie wchodzą w mroczną stronę własnej duszy. Dla mnie to ciekawe, bo jest w tym prawda.

IF: Odchorowujesz później?

MŻ: Zawsze. Bo nawet te teatralne role, w których jak powiedziałam jest pewne światło, bohaterki, w których postaci wcielam się,  postawione są często w trudnych sytuacjach. W ten weekend wracam na scenę i nie wiem jak sobie poradzę z powrotem do domu. Wiem, że kolejna noc może być nieprzespana, a nie chciałabym przez pracę wnosić negatywnych emocji do życia.

IF: Długie lata uczyłaś się grać na skrzypcach w szkole muzycznej. Byłaś daleko od domu jako mała dziewczynka. Jakiego dorosłego buduje takie dzieciństwo?

MŻ: Człowieka troszczeczkę pozostawionego sobie, który musi się borykać z własną młodzieńczą samotnością, bez namacalnego wsparcia rodziców. Już nie ma cielesnej bliskości, przytulenia, rozmowy w cztery oczy, tylko telefon, który nie jest w stanie zaspokoić tej potrzeby. To uczy oczywiście samodzielności, ale ten brak zostaje w tobie.

IF: I szuka się go w innych ludziach...

MŻ: W innych ludziach i właśnie w owych rolach, bo to jest pustka, którą trzeba zapełniać. Rodzice oczywiście byli, opiekowali się mną i uczestniczyli intensywnie w moim życiu. Tata był drogowskazem i mimo że, niejako wbrew jego woli, poszłam do szkoły teatralnej, to był dla mnie wyznacznikiem wszystkiego. Dopiero teraz mogę to powiedzieć, gdy go nie ma. Teraz to łatwiejsze.

IF: Kiedy sami mamy dzieci, zaczynamy rozumieć rodziców.

MŻ: No tak, bo widzimy ile cierpliwości, oddania i miłości potrzebuje dziecko. I że to jest tak naprawdę ciężka praca. Oczywiście piękna. Ja mam takie wrażenie, że moja córeczka Polka jest mi dana, bo dostałam dar opieki nad nią.

IF: Mój synek mówi, że siedział na chmurce i mnie sobie wybrał na mamę.

MŻ: Tak? To pewnie Pola też mnie wybrała, i to w odpowiednim momencie.

IF: A aktorstwo było w tobie od zawsze?

MŻ: To banalne, ale zawsze widziałam siebie na scenie. Tata czytał mi wiersze, a granie na skrzypcach wiązało się  z występami oraz koncertami przed publicznością. Zawsze kojarzyło mi się to z dawaniem pewnego rodzaju przyjemności innym, bo uwielbiam grać. Ciekawią mnie ludzie i myślę, że to się przekłada na pracę. Inspiracji szukam wszędzie. To zawód, który poszerza horyzonty,  kiedy bowiem gram szpiega, dowiaduję się wszystkiego o nim. Jaki jest, jakich wyborów musiał dokonywać. W jakimś sensie analizuję człowieka. Trochę jak psycholog.

IF: W teatrze dajesz ludziom oczyszczenie, w serialu drugie życie. Lepsze czy gorsze.

MŻ: Daleka jestem od ocen, ale trochę obwiniam producentów za jakość artystyczną telenowel. Kiedy pracowałam przy serialu o Annie German, zobaczyłam, jak pracuje się naprawdę. Ujęcie kręciliśmy jeden dzień! Więc dlatego tak dobrze to się ogląda. Uwielbiam amerykańskie seriale, szczególnie Mad Men i sama lubię wchodzić w ten świat.

IF: Wracając do femme fatale, byłam zdziwiona, bo zobaczyłam zupełnie inną osobę. Szczęśliwą, uśmiechniętą, kompletnie zwariowaną mamę, wręcz mamuśkę, bo zostałaś Ambasadorką Klubu Mamusiek...

MŻ: Dziewczyny z Klubu zadzwoniły do  mnie, kiedy Pola była mała i poprosiły o wsparcie. Urzekła mnie ich szczerość oraz bezpretensjonalność. To, że nie działają na zasadzie żadnego profitu, że wszyscy  robimy coś pro bono i jesteśmy osobami, które mogą się wesprzeć.

IF: Czułaś się zostawiona sama sobie, kiedy urodziłaś dziecko?

MŻ: Tak, absolutnie. Moja mama mieszka w Wiedniu, mama Wojtka w Sopocie, nasze rodzeństwo ma swoje życie, a w takim momencie potrzebujemy bliskości babci albo mamy, która jest w stanie poświęcić się i być na zawołanie.

IF: Klub promuje krąg kobiet, które mają się wspierać w swoich problemach. Dlaczego dzisiaj musimy organizować kluby, zamiast spotykać się z sąsiadką lub przyjaciółką, tak jak kiedyś?

MŻ: Jesteśmy coraz bardziej zamknięci w tych osiedlach. A poza tym zima w naszym kraju trwa ponad pół roku i w mieście, nie zachęca do zawierania znajomości na ulicy. A potrzeba bycia matki z drugą matką jest zupełnie naturalna. Można znać się na wielu rzeczach, czytać poradniki, których poznałam mnóstwo, ale taki ludzki telefon do kobiety, która jest w tym samym stanie, jest zbawienne. To taka pierwotna siła wsparcia, którą kobiety miały kiedyś. A dzisiaj, w wielkim mieście pchasz ten wózek zostawiona sama sobie, i  w tym wypadku pomoc innych kobiet, możliwość spotkania, szczerej rozmowy, to coś bardzo ważnego. Przecież mąż cię tak nie zrozumie.

IF: Samo przekonanie się na własnej skórze, że druga kobieta przeżywa dokładnie to samo, daje ulgę.

MŻ: Bycie w tych samych sytuacjach łączy ludzi od zawsze.

IF: Podróżowałaś, grałaś, byliście tylko we dwójkę ze swoim partnerem...

MŻ: A teraz jestem kompletnie inną osobą, moim priorytetem jest Polka i nigdy już nie będę taka, jak kiedyś. Zdałam sobie sprawę, że już nie ma dawnej mnie, że muszę szukać wartości w czymś nowym.

IF: Ale to nie jest smutne?

MŻ: Jest piękne. Nawet, jeśli chodzi o pracę. Ostatnio miałam zdjęcia próbne, gdzie miałam zagrać matkę, która traci dziecko. Gdybym nie miała Poli, wydawałoby mi się, że potrafię to zagrać. Teraz wiem. Dostaję coś w zamian, czuję mocniej, głębiej. Coś takiego, co utwierdza w przekonaniu, że jednak ten świat jest dobrze wymyślony. Mogę z Wojtkiem patrzeć na jej radość, obserwować jak się rozwija. Już się cieszymy, że pojedziemy z nią do Tajlandii, pokażemy jej delfiny. Fala tej beztroskiej, dziecięcej radości, zalewa nas od rana. I to jest cud. Gdy zmarł mój tata, Pola miała 3 tygodnie, dużo wtedy płakałam. Ona patrzyła na mnie i śmiała się do mnie, oczywiście nie rozumiejąc całej sytuacji. Wtedy mówiłam: „Wiesz co mała? Masz rację“.

IF: Jednak trzeba dojrzałości, żeby zrozumieć, że oto zaczyna się całkiem nowe życie. Chciałaś być mamą?

MŻ: Zawsze. Kiedy jeszcze nie miałam Polki, lubiłam przychodzić do Kredki. Obserwacja dzieci odstresowywała mnie. Szczególnie po ciężkich rolach, kompletnie mi to czyściło głowę.

IF: Chciałabyś już coś robić zawodowo?

MŻ: Właśnie wracam do pracy. Przedtem było to kompletnie niemożliwe, a teraz wiem, że żeby poczuć pełnię szczęścia chciałabym znowu zagrać. Oczywiście, że to wyzwanie. Dziecko w samochodzie, w drodze do Łodzi, próby, spektakl, zostawienie jej z moją przyjaciółką. Wymyśliłam, że będę Poli opowiadać bajkę o tym, dlaczego wracam do pracy, że mnie to też buduje. Że potrzebuję tego, bo wcześniej praca dawała mi tyle szczęścia, że bez niej nie będę się czuła spełniona.

IF: W jakimś sensie opowiadasz tę bajkę sobie.

MŻ: No tak, bo sobie też muszę tłumaczyć. Oczywiście wyrzuty sumienia są zawsze. Ale i tak nie chcę jeszcze na dobře wracać do pracy. Polka ma jeszcze swój czas, musi naładować akumulatory. Myślę, że trzeba to głównie logistycznie ogarnąć i dobrze zaplanować.

IF: Partner cię wspiera?

MŻ: Tak, Wojtek jest wspaniałym ojcem. Z tatą są świrki i wygłupy, a mama jest oprawcą, który czyści nos. Ale jeśli chodzi o związek, to musimy się uczyć siebie na nowo.

IF: Mnóstwo związków rozpada się właśnie po urodzeniu dziecka.

MŻ: Związek to wielka wartość dla nas, a bycie matką jest największą radością i uwolnieniem olbrzymich pokładów czułości oraz miłości. Ale czasem jest ciężko.

IF: Jak twoje wyobrażenia o byciu mamą zweryfikowały się po zetknięciu z rzeczywistością?

MŻ: Myślałam, że będzie łatwiej, że jak spędzałam 18 godzin na planie, to już nic tego nie przebije. Teraz wiem, że bycie mamą to najtrudniejszy zawód na świecie, bo przez 24 godziny na dobę jesteś w gotowości, czujności, strachu i odpowie- wiedzialności. Bycie wcześniej tytanem pracy i robokopem nic nie daje. Kiedy pojawia się dziecko, porządkuje ci świat. Musisz się zdrowo odżywiać, chociaż wcześniej jadłaś tylko żelki i czekoladę, musisz się wysypiać, dbać o siebie. Wracasz do natury, do tego, jak to życie zawsze powinno wyglądać. Marieta Żukowska – aktorka teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi, Była nominowana do Orła za rolę Teresy w filmie Nieruchomy poruszyciel. W swoim dorobku ma role filmowe i teatralne oraz telewizyjne, m.in. Marii Rost w serialu Londyńczycy czy Aleksandry Duszyńskiej w serialu Majka. 10 sierpnia 2012 roku urodziła córkę Polę.

Artykuł z magazynu Gaga