Macierzyństwo nigdy się nie kończy

2. kwiecień 2014 - 16:13

GAGA: Po sierpniu ’80 na długo zapomniała pani o polityce, ale polityka nie przestała się interesować panią. Teraz namówiono panią do startowania do Parlamentu Europejskiego.

HENRYKA KRZYWONOS: Tak naprawdę nigdy w polityce nie byłam, dopiero teraz w nią weszłam. Chociaż z drugiej strony każdy z nas w jakimś stopniu w niej siedzi na co dzień. Bo przecież nawet gdy tylko włączamy telewizor, oglądamy program informacyjny i mamy swoje zdanie na temat tego, co widzimy, to już jesteśmy w polityce.
Jeśli dostanę się do Parlamentu Europejskiego, chciałabym zajmować się polityką społeczną, sprawami socjalnymi i problematyką dotyczącą rodzin, w tym opieki nad dziećmi. Mocno interesują mnie sprawy młodych ludzi, którzy nie mają pracy. Chcę pracować nad tym, co mnie boli. Wiem, co powinnam robić. Będę pomagać.
 
Teraz już mieszka pani z mężem sama, ale kiedyś poświęcała cały swój czas dzieciom. Gdyby wtedy ktoś zaproponował pani zaangażowanie się w politykę, skorzystałaby pani?
Wychowaliśmy z mężem dwanaścioro dzieci. Wiedziałam, że nigdy nie będę miała własnych, biologicznych, dlatego wspólnie postanowiliśmy wychować inne jak swoje. One zawsze były dla mnie największą wartością i jak każdej największej wartości należało im poświęcać czas. Z tego powodu przed laty wejście w politykę absolutnie mnie nie interesowało. Dla mnie zawsze każde moje dziecko było ważniejsze niż jakakolwiek inna sprawa.
 
Dlaczego postanowiliście państwo tworzyć rodzinę, adoptując dzieci?
Wszystko zaczęło się, gdy na nowotwór zmarła moja sąsiadka, którą się opiekowałam pod koniec jej życia. Miała syna, który tak naprawdę przebywał częściej u mnie niż u niej. Gdy został sam, miała go zabrać do siebie ciotka, jednak jej plany się zmieniły. Na sprawie sądowej oznajmiła, że go nie chce. Byłam tego świadkiem. Gdy sędzia powiedziała: „Posłuchaj, dziecko, przykro mi, ale będziesz musiał pójść do domu dziecka”, odpowiedziałam, że nie ma mowy, że ja go biorę do siebie. Z czasem pojawiały się kolejne dzieci. Długo szukaliśmy rodzeństwa tych, które trafiły do nas z domu dziecka, bo przecież bracia i siostry muszą być razem.
 
Miała pani kiedyś ciężkie momenty zwątpienia, kiedy w głowie kotłowała się myśl: „mam już tego dość”?
Nie zawsze było łatwo. Trafiały do nas trudne dzieci – z chorobą sierocą, z problemami. My nigdy ich nie wybieraliśmy, los wybierał za nas. Dzieci z czasem rozkwitały. Jedne problemy znikały, a na ich miejsce pojawiały się inne, czasami jeszcze trudniejsze. Wiedziałam jednak, że kiedy powiedziałam „a”, musiałam też powiedzieć „b”. Zawsze byłam w swoim działaniu konsekwentna. Owszem, czasami w nocy płakałam w poduszkę, ale nie z niemocy, tylko dlatego, że potrzebowałam pomysłu na naprawę sytuacji. I ten pomysł pojawiał się nagle.
Kiedy rano wstawałam, już wiedziałam, co mam zrobić, bo jak się kocha dzieci, to nie może być zwątpienia.
Człowiek wie, że musi wykonać pracę, której się podjął. Zresztą zawsze się o swoich dzieciach myśli, ile by nie miały lat. Czasami wracam o północy do domu, kładę się do łóżka i jeszcze godzinę lub dwie myślę, czy u jednej córki wszystko dobrze, czy druga sobie radzi, jak rozwiązał problem syn… Tak naprawdę macierzyństwo nigdy się nie kończy.
 
Co jest więc najtrudniejsze w wychowywaniu dzieci?
Wszystko jest trudne. Każde z moich dzieci ma inny charakter i u każdego z nich odzywają się ich rodzinne geny. Nigdy z tym nie walczyłam, tylko przyjmowałam rzeczywistość taką, jaka jest. Tak naprawdę dogadywałam się z moimi dziećmi. Nigdy żadnego z nich nie oszukałam. Mogłam czasami czegoś nie powiedzieć, informując, że nie mogę tego zrobić, ale nigdy nie oszukałam. Zawsze też dotrzymywałam słowa.

Artykuł z magazynu Gaga