Jaki ten pirat odważny, synku

4. kwiecień 2013 - 13:49

AL: Załóżmy, że przychodzi do pani matka nieśmiałego, lękowego dziecka. Dowiedziała się o terapii zabawą. Pyta, jak ma w ten sposób wyleczyć syna.
AŻC: Od razu powiedziałabym jej, że on nie jest chory. Nieśmiałość, brak umiejętności nawiązywania kontaktów, zwłaszcza gdy dziecko jest jedynakiem, to nie jest choroba. Wiele zależy od temperamentu, genów, po prostu natury dziecka. Zaprosiłabym tę mamę na rozmowę, która być pomoże pomogłaby jej lepiej zrozumieć swoje dziecko. Choć w gruncie rzeczy myślę, że to rodzice znają swoje dzieci najlepiej i wiedzą, jak je rozwijać.

AL: Ale ta mama myśli, że w zasadzie nie zna syna, nie wie, co tkwi w jego duszy. Bo syn jest nieśmiały, a w domu bawi się w morderców.
AŻC: Być może mama czeka na słowa syna, wierzy, że on sam jej powie, czego potrzebuje. Ale małe dzieci nie potrafią nazywać emocji, uczuć. Pokazują je swoim zachowaniem, w zabawie. Syn tej pani może chociaż w wymyślonym przez siebie świecie pragnie być silny. Chłopcy, jeśli czują się mniej pewni w grupie, często wcielają się w supermenów czy potworów. Zauważyłam to, pracując z przedszkolakami. Największymi zabijakami są ci, którzy w codziennym życiu mają problem z nawiązywaniem kontaktu. Najbardziej w pracy z rodzicami fascynuje mnie to, w jaki sposób rodzice mogą popatrzeć na swoje dziecko, odkryć to, czego nie zauważali, albo trudno im było początkowo to dostrzec. Zabawa jest najlepszym sposobem, żeby dowiedzieć się, co u dziecka słychać. Bardzo często mówię: zamiast pytać syna lub córkę po powrocie z przedszkola, co zjedli na obiad, jak się czuli, lepiej najpierw popatrzeć, co mówi ich ciało, twarz, czy dziecko jest spięte, czy ma dużo emocji, które chce rozładować, czy jest radosne i uśmiechnięte. I to też bardzo szybko można zobaczyć w zabawie.

AL: Jak?
AŻC: Po pierwsze, dając dziecku przestrzeń i czas. Nie powinno być pośpiechu, nadmiernych bodźców. Ono musi czuć, że rodzic jest skupiony tylko na nim.

AL: Czyli to prawda, że powinniśmy bawić się z dziećmi?
AŻC: Tak, tylko to nie może być przymus. Przecież jeśliby spytać kogoś z naszego pokolenia albo z pokolenia ludzi starszych, czy ktoś się z nimi bawił, to zwykle usłyszymy, że nie. I to nie oznacza, że rodzice nas nie kochali. Po prostu dziś się trochę inaczej buduje więź z dzieckiem. Dorośli stali się bardziej dostępni. Chcą być bliżej świata dziecka. Zabawa jest szansą, żeby poznać ten świat, lepiej go zrozumieć. A rodzice czasem podchodzą do zabawy zadaniowo. Pytają, co mają zrobić, w co się z dzieckiem bawić, żeby dziecko było mądre, przygotowane do szkoły, żeby szybko czytało, pisało, liczyło.
Dziś mamy do wyboru mnóstwo zabawek, które pobudzają rozwój dziecka. Moja najmłodsza córka od maleńkości miała umysł matematyczny, uwielbiała układać puzzle, już w przedszkolu kochała szachy. Sama wybierała logiczne zabawki, których reszta z dzieci nie dotykał, a które akurat jej pomagały się rozwijać. Dziecko samo wie, czego potrzebuje, co chce rozwijać poprzez zabawę, w końcu – w co lubi się bawić, jakie są jego preferencje.

AL: Wybór zabawek mówi o zainteresowaniach?
AŻC: Tak. I rzeczywiście, dając dziecku pewne rzeczy, można jego rozwój stymulować i przyspieszać. Ale dla mnie zabawa jest przede wszystkim najlepszą okazją do kształtowania więzi emocjonalnej. Dziecko odkrywa, że rodzic jest blisko, cieszy się z kontaktu fizycznego. Uważam, że należy do takiej zabawy rodziców zachęcać, ale nie zmuszać. Nie wszyscy muszą na dywanie układać klocki, bawić się lalkami w przekonaniu, że inaczej dziecko się nie rozwija ani nie tworzy więzi z tatą lub mamą. Relację można też budować inaczej, nie można każdemu wmawiać, że musi tak samo.

AL: Dlaczego niektórzy nie potrafią?
AŻC: Nie ma tu jednego wyjaśnienia. Żeby rodzic mógł wejść w zabawę, musi mieć kontakt ze sobą i swoimi emocjami. I czerpać z tego przyjemność. Często ludzie zmęczeni, którzy nie mają siły wyjść poza dręczące ich problemy, są tak przytłoczeni ilością zajęć, że brak im energii. Ale czasem obserwuję na przykład spiętych, zestresowanych ojców, których dzieci same zachęcają do różnych aktywności. Oni nie muszą nic wymyślać, wystarczy, że się otworzą, pójdą za dzieckiem. I zaczyna się baraszkowanie, wchodzenie na barana, śmiech. Może to nie jest wielogodzinne układanie klocków, ale forma wspólnej zabawy kontaktu z tatą, tak bardzo potrzebnego chłopcu. Powinniśmy szukać obszaru, w którym dobrze się czujemy. Jeśli nie rysowanie, malowanki albo zabawa na dywanie, to może kuchnia. Sama w którymś momencie odkryłam, że dzieciom w kuchni niewiele potrzeba, żeby poruszyć wyobraźnię. Wystarczy samo przelewanie wody, zabawa mąką. Jedna z moich córek uwielbiała godzinami ubijać pianę z mydła przelewać lejkami wodę i bawić się zwykłymi garnkami.

AL: Rodzice często czują się winni, gdy się nie bawią. Szczególnie matki.
AŻC: Tak. I czasem z tego poczucia winy wożą dziecko na różne zajęcia. Mają poczucie, że jak posiedzą przed salą, poczekają, gdy ono bawi się gdzieś pod okiem specjalisty, to wystarczy. Moim zdaniem to niedobrze, gdy małe dzieci po przedszkolu chodzą na dodatkowe zajęcia. Nawet najbardziej wyszukane. Przedszkolaki powinny móc bawić się swobodnie według własnych pomysłów, najlepiej w domowej, bezpiecznej przestrzeni. Zorganizowane zajęcia to często drugie przedszkole, i to jest męczące.

AL: Z jakimi dziećmi pracuje się na terapii poprzez zabawę?
AŻC: Już z trzylatkami. Do trzeciego roku życia dzieci bawią się same, nie mają potrzeby kooperacji. Granica wiekowa to gdzieś około dziesięciu lat. Z dziesięciolatkiem można już rozmawiać, bo on potrafi już dość świadomie nazywać swoje uczucia, opowiadać o sobie. Umiejętność ta zaczyna rozwijać się u dzieci około siódmego roku życia.

AL: Ta terapia przynosi efekty?
AŻC: Tak. Ta forma pracy pomaga terapeucie wejść w świat dziecka, nawiązać z nim kontakt. Metoda zakłada, że dziecko wyraża siebie poprzez zabawę, jest zdolne do ujawniania swoich przeżyć, myśli. Jednocześnie uczy się siebie, może też doświadczać siły. A dorosły, włączając się w zabawę dziecka, może tak oddziaływać na nie, by uczyło się kontroli nad własnymi emocjami, miało motywację do zmian. Rodzic jest w tym momencie dobrym towarzyszem, przewodnikiem, a nie kieruje dzieckiem. Nie wydaje mu poleceń. Nie ocenia. W takiej zabawie nie można krytykować, zalewać dziecka pytaniami.

AL: To znaczy?
AŻC: Nie mówimy na przykład: „Ale co ty zrobiłeś? Dlaczego ten klocek? Przecież on nie pasuje tutajh.

AL: A inne zasady?
AŻC: Nie chcę dawać konkretnych instrukcji, bo w taką zabawę zawsze powinien wprowadzać terapeuta. Ja proponuję spotkania. Najpierw ja bawię się z dzieckiem, pokazując rodzicowi, jak to robić, potem omawiamy wszystko wspólnie. Mówimy, co się działo, czym to, co ja robię, różni się od zabaw, do jakich było dziecko przyzwyczajone.

AL: Pamięta pani jakąś konkretną historię?
AŻC: Trafili do mnie rodzice z chłopcem, który miał problemy w przedszkolu. Wynikało to z tego, że często w złości zaczynał bić kolegów, siłą próbował rozwiązywać różne sytuacje. Po dłuższej rozmowie okazało się, że rodzina ma za sobą duże zmiany. Urodziło im się drugie dziecko, przeprowadzili się do nowego domy. Chłopiec w pewnym momencie zauważył, że rodzice zwracają na niego uwagę, kiedy jest niegrzeczny. W przedszkolu też interesowano się nim dopiero, gdy nabroił. Szybko przekonał się więc, że opłaca się być niegrzecznym, bo wtedy dorośli go zauważają. Zadaniem mamy było znalezienie co najmniej piętnastu minut dziennie tylko dla syna na indywidualną zabawę. Po to, by syn nie musiał wymuszać uwagi w niepożądany sposób i szukać z mamą kontaktu. Wspólna zabawa polegała na tym, że mama zamykała się z nim w pokoju, tak, żeby młodszy brat nie mógł tam nagle wtargnąć. Chłopiec miał prawo zaproponować zabawę, a mama starała się za nim podążać. Była skoncentrowana, skupiona patrzyła na synka, uśmiechała się do niego. Nie obierała telefonów, nie myślała o innych rzeczach.

AL: To znaczy, że jak mój syn w zabawie w piratów mówi: teraz Kapitan Kuternoga walczy z rekinami, to ja wypełniam jego polecenia, zamiast tłumaczyć, że Kuternoga nie ma szans z dziesięcioma drapieżnikami?
AŻC: Tak. Możemy jedynie opisywać, co widzimy. „O, twój pirat szykuje się do ataku, ma groźną minęh. Bardzo ważne, żeby dawać dziecku pozytywne informacje. „Wspaniale sobie ten pirat poradziłh. „Super, że był taki odważnyh. Tu na przykład wracamy do pani pierwszego pytania o pracę z dziećmi lękowymi. Możemy podczas takiej zabawy chociażby w piratów pokazywać dziecku, że bycie odważnym popłaca. „Zobacz, ale inni szanują bosmana Piszczela za to, że przeciwstawił się wojskom królah. Mówimy na około, nie oceniamy dziecka, tylko chwalimy określone cechy charakteru bajkowych bohaterów, na przykład: „Podoba mi się, że miś: podzielił się z króliczkiem cukierkiem, że mówił spokojnym, miłym głosem...h. Wszystko po to, by zauważyć i docenić pożądane przez dorosłego zachowania dziecka i sprawić, że poczuje się ono pewniejsze. Kiedy natomiast dziecko zaczyna rozrzucać zabawki, zachowywać się w niepożądany sposób, nie ingerujemy. Jeśli nie jest to dla samego dziecka niebezpieczne, powinniśmy się od niego zdystansować, przestać mówić, patrzeć nawet wtedy, kiedy jego zachowanie eskaluje. Jeśli maluch krzyczy, robi jeszcze większy bałagan, to wiadomo, że jest nam trudno utrzymać emocje na wodzy. Ale to bardzo ważne. Nie pouczamy, tylko udajemy, że nie widzimy.

AL: Nie kończymy zabawy?
AŻC: Nie. I raczej w ogóle rodzic nie powinien inicjować końca. Dobrze jest wyznaczyć czas, nastawić budzik albo umówić się z dzieckiem na przykład na sygnał dzwonka.

AL: Ile minut powinna trwać zabawa?
AŻC: Minimum 20 minut. Dziecko dłużej się rozkręca, ale najważniejsza jest intensywność – jakość czasu, który wspólnie spędzamy. W jakiej kondycji będzie rodzic? Czy naprawdę będzie miał siłę się otworzyć, poświecić ten czas, wyłączyć telefon, a nie z jednej strony bawić się w piratów, z drugiej odpisywać na SMS-a albo patrzeć w okno. Ale nic na siłę i za wszelką cenę, bo pamiętajmy, że zabawa to wolność, swoboda i wybór. Co roku całą rodziną jeździmy na Półwysep Helski, spotykamy tam ojca z synem, jedynakiem. Obrazek podobny: przychodzą na plażę, rozkładają sprzęt i tato rozpoczyna program zabaw plażowych, którymi raczy swojego potomka. Chłopiec nie ma chwili spokoju, bo tata mu co chwila daje kolejne zadanie. A to biegi, a to gra w badmintona, budowanie zamku z piasku, pływanie... Nasz syn któregoś lata przyszedł i powiedział: „Boże, jaki on biednyc nie może bawić się w to, co by chciałh. Dziecko potrzebuje swojego świata, w który się rodzice nie wtrącają. A dzieci uwielbiają robić rzeczy bezsensowne. Czasem lubią bawić się same lub prostu ponudzić. My, dorośli, o tym zapominamy.

Artykuł z magazynu Gaga