Dziecko do podziału

15. kwiecień 2013 - 14:31

Czy nie moglibyśmy dla dobra dziecka…
Zofia po rozwodzie najchętniej odcięłaby się od byłego męża. Zwycięża rozsądek. Staś widzi się z tatą w co drugi weekend i każdą środę.

– Co to jest, synku? – pyta Zosia, wyciągając z kolorowej teczki Staśka duży rysunek. Pytanie jest raczej retoryczne. To prezentacja rodziny przygotowana na angielski. Na pierwszym planie jej były Grzegorz, tata Stasia, obok Gosia, „stepmother”, i nowe rodzeństwo: Kuba i Weronika. Zosia też jest w tej prezentacji. Z boku, bez zdjęcia. Nie ma natomiast dziadków Stasia, z którymi chłopiec mieszka na co dzień. – Gosia pomagała mi to robić – tłumaczy Staś. Zosia próbuje się uśmiechnąć. – Jasne, kochanie, bardzo ładnie, ale dodamy jeszcze babcię i dziadka, i wkleimy moje zdjęcie, dobrze? Zosia: – Dla byłego i jego nowej partnerki nie istnieję. Świat mojego dziewięcioletniego syna jest podzielony na dwie części, bez punktów wspólnych. Nie ma kompromisów, współpracy. Jest walka.
„Pip, pip” – dźwięk nadchodzącego SMS-a sprawia, że Zosię przechodzi dreszcz. To Grzegorz: „To jest MÓJ weekend, nie zgadzam się, żeby Staś w tym czasie jechał na urodziny”. Tak brzmi odpowiedź na jej prośbę, żeby w „jego" weekend Staś dotarł na swoje przyjęcie, które Zosia organizuje co roku, zapraszając wszystkie dzieci z klasy. Zosia próbuje mediować: „Proszę, nie robisz na złość mnie, tylko swojemu dziecku. Jaki w tym sens? Proponuję rozwiązanie. Możemy zamienić się weekendami, mogę odebrać Stasia od ciebie i zawieźć na urodziny, ostatecznie ty możesz to zrobić. Zgodzę się na wszystko. Po prostu nie było innych wolnych terminów sali, tak pasowało też wszystkim rodzicom, mówię ci o tym od prawie dwóch miesięcy”.  Odpowiedź  po niespełna minucie. „A ja od dwóch miesięcy mówię, że się na to nie zgadzam”. Zachować spokój. Zachować spokój. Te słowa Zosia powtarza sobie jak mantrę od ponad czterech lat. To właśnie w tym czasie podczas pobytu w Tajlandii jej mąż oznajmił: „Chcę wolności, niepotrzebnie się ożeniłem, duszę się”. Najpierw myślała, że się pogubił, potem, że zwariował, dziś czasem myśli, że jest złym człowiekiem. Nie, nie dlatego, że ją zostawił. Ale dlatego, że od tego czasu nigdy nie poszedł na kompromis.
Kilka tygodni temu pochowała tatę. Dwa dni po pogrzebie odbywała się w jej dzielnicy dziecięca olimpiada sportowa. Stasiowi bardzo zależało, żeby w niej wystartować, ale to był weekend ojca. Grzegorz znów pisał: „Nie będę go nigdzie zawoził”. Zadzwoniła do niego z marketu i krzyczała: „Jesteś złym człowiekiem, raz się nade mną ulituj, ulituj się nade mną. Umarł mi tata”. On sucho: „To nie ma związku, to jest mój weekend”.
Rozstanie? Przyjacielskie. Inaczej: kulturalne. Żadnych scen.  Błąd, nie ma przyjacielskich rozstań. Jeśli nie wywalisz wszystkiego od razu – narasta złość, frustracja. Nie walczyła, nie kłóciła się, nie pytała o pieniądze, choć chwilę wcześniej zrezygnowała z etatu. „Poradzimy sobie” – zapewniał. A potem spakował walizki i wyniósł się do siostry. „Będę się tobą i Stasiem opiekował” – obiecywał. Przez trzy, cztery miesiące żyli w zawieszeniu. Wpadał, kiedy chciał i po co chciał. Liczyła, że się otrząśnie. Przecież to on dążył do ślubu, on tak bardzo czekał na dziecko. Wspólne pieniądze, znajomość haseł do kont poczty elektronicznej. Żadnych tajemnic. Może właśnie to było błędem? Po kilku miesiącach okazało się, że nie tylko nie ma mowy o powrocie, ale też o przyjaźni:  „Nie życzę sobie, żebyś wchodziła do mieszania mojej siostry” – powiedział. Więc czekała na synka przed klatką. „Dlaczego nie konsultujesz ze mną, że idziesz ze Staśkiem na basen? Nie życzę sobie” – znów atakował. Ustępowała. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia odebrała pozew rozwodowy. Przeczytała w nim mniej więcej tyle, że jej małżeństwo od początku było nieudane, kryzysy trwały nieustannie, oboje byli winni rozkładu pożycia. Nie do wiary po prostu, myślała. „Dlaczego tam nie ma prawdy?” – pytała. Dowiedziała się: nie chodziła z nim do kina, nie jadła kolacji, za mało rozmawiała. Nie pasowali do siebie po prostu. No tak, miesiąc wcześniej siedzieli na kanapie u bardzo znanej psycholog. Wydała 400 zł, żeby usłyszeć: „Pani partner jest subtelny i delikatny, nie wie, jak to powiedzieć, ale nie jest już zainteresowany”. „Mogłeś chociaż powiedzieć, że wysyłasz pozew. Musisz zachowywać się przyzwoicie” – powiedziała mu po odebraniu pisma. Zaśmiał się złowieszczo: „Ja nic nie muszę. Doprawdy nic nie muszę”. Trzech lat potrzebowała, żeby zrozumieć, że sąd nie zagwarantuje nikomu sprawiedliwości. Dostaniesz to, o co zawalczysz. Pierwsza wizyta u adwokatki. Tamta spokojnie spytała: „Czego pani chce? Pieniędzy? Mieszkania?”. Zosia jak mantrę powtarzała: „Sprawiedliwości, chcę tylko, żeby zostało uznane, że to on mnie zostawił, on odpowiada za rozstanie”. No przecież odpowiada: To on zdradził ją pół roku przed tym, jak się wyprowadził. I przecież się przyznał. Dziewczynę, z którą miał romans, bez skrupułów zwolnił potem z pracy. „Przecież wiedziała, w co się pakuje” – stwierdził.  Wszyscy ich wspólni przyjaciele zgodzili się zeznawać na rozprawie. Zresztą Grzegorz kilka miesięcy po rozstaniu związał się z nową partnerką. Staś przychodził po wizytach u taty i wciąż próbował całować Zosię w usta. „Kochanie, co ty robisz?” – pytała. „Mamo, jacy ludzie tak się całują?” – dopytywał pięciolatek. „Tylko zakochani” – tłumaczyła. „A tata ciągle się tak całuje z Gosią”. Zadzwoniła do byłego. „Mógłbyś tego nie robić przy dziecku? Po co? On się potem dziwnie zachowuje, też chce mnie tak całować, mieszasz mu w głowie”.  Odpowiedź: „Chcę, żeby wiedział, że ja też mam uczucia”.
Adwokatka zasugerowała: „Może pani wykorzystać w sądzie, że on z nową dziewczyną zachowuje się w ten sposób przy dziecku”. Ale Zosia nie chciała. Wtedy jeszcze nie wie, co to jest nieczysta gra. Grzegorz oznajmia Stasiowi: „Odszedłem, bo już nie kocham mamy”. Chłopiec słowa ojca powtarza jak mantrę: „Tata nie kocha mamy, a mój tata nie kocha mamy”. Choćby podczas tej nieszczęsnej podróży do Łodzi. Staś w pociągu rozmawia z chłopcem w jego wieku. Po pół godziny podróży wyznaje: „A mój tata odszedł, bo nie kocha mamy”. W przedziale krępująca cisza, Zosia ma ochotę zapaść się pod ziemię.
Grzegorz w sądzie walczy o opiekę naprzemienną. Zosia nie chce się na to zgodzić: „I tak jest w szoku, jego świat runął, chcę, żeby miał jeden dom, możesz go brać, kiedy chcesz”. Były walczy. Przedstawia dowody, że ona nie nadaje się na matkę. Lista jest długa: wolała wyjść z koleżanką niż z nimi na spacer, to on zajmował się głównie dzieckiem, bawił się, odwoził do szkoły. Zosia wysłuchuje tych zarzutów zszokowana. Przecież za to go pokochała. Bo był nowoczesnym, fajnym mężczyzną, który chciał stworzyć partnerski związek. Garnął się do opieki nad Staśkiem. „Przecież nawet nie chciał, żebym zrobiła prawo jazdy” – szeptała wzburzona adwokatce. Grzegorz plącze się w zeznaniach: na jednej rozprawie opowiada, że całymi dniami pracowała i ich zostawiała, na drugiej, że była leniwa i musiał ją utrzymywać. Sąd w końcu ustala, że miejsce zamieszkania Stasia jest przy matce. Ale wciąż trwa ich sprawa rozwodowa. Zosia pisze maile: pójdźmy na mediację, dogadajmy się ze względu na Stasia, miejmy normalne relacje. Słyszy: „Nie chcę mieć z tobą żadnych relacji, zajmij się swoim życiem”. – Gdy dowiedziałam się, że będzie miał drugie dziecko, zgodziłam się na rozwód bez orzekania o winie. Pomyślałam: dość tej wojny, nie chcę niczego utrudniać, już mi nawet na sprawiedliwości nie zależy.
Po czterech latach walki schudła, spoważniała, znajomi czasem pytają: „I gdzie jest ta beztroska Zosia?”. – Dorosłam, bo nie miałam wyjścia. Mówi się, że rozwód jest tak samo traumatycznym przeżyciem jak śmierć bliskiej osoby. Ładnie to brzmi, mocno. I sporo w tym prawdy. Najgorszemu wrogowi nie życzę takiej walki. Czasem patrzy na Stasia. Jaką cenę poniesie za swój podzielony świat? Choć na pewno wie, że sama stała się dużo silniejszą, pewniejszą matką. Wie, że jest dla niego oparciem. Za każdym razem, gdy ma ochotę powiedzieć coś złego byłemu, zagryza zęby. Tylko czasem nie wytrzymuje. Tak jak ostatnio, gdy Staś wrócił od ojca z krótko obciętymi włosami. „Tata powiedział, że mam wszy i pchły, bo o mnie nie dbasz” – żalił się. Zadzwoniła do Grzegorza i po raz pierwszy od lat krzyczała: „Czyś ty kompletnie zwariował? Co ty opowiadasz dziecku!”. W słuchawce lodowaty ton: „Sam widziałem, jak skakała po nim pchła. Macie psy, co się dziwisz”.

Walka bez kompromisów
Dzieci Urszuli i Marcina, 10-letni Maurycy i 6-letnia Tosia, mieszkają z ojcem. Tak zdecydował sąd. Urszula będzie walczyć – zbiera dowody przeciw mężowi.

W gabinecie dyrektorki szkoły, do której chodzi Maurycy, siedzą z Eksem po dwóch stronach kanapy. Ula słyszy spokojny głos dyrektorki: „Maurycy znów pobił kolegę z klasy. W przerwie rozwalił szafkę. Muszą państwo się tym zająć, psycholog szkolny już nie wystarczy”. Eks kiwa głową: „Zajmę się, porozmawiam”. To już druga szkoła, w której jedenastolatek ma problemy. Z pierwszej wypisali go zaraz po zakończeniu roku. Był niegrzeczny dla nauczycieli. Wychowawczyni powiedział: „Nie będziesz tak do mnie mówić, głupia babo”. Szkolna psycholog zawyrokowała: „To wy powinniście iść na terapię pary rodzicielskiej, to, co robi Maurycy, to wypadkowa waszego zachowania”.
Dziś wychodzą z gabinetu dyrektorki i się kłócą: „Bo ty zawsze, bo ty nigdy”, „To twoja wina, nie – twoja”. Wzajemny ping pong nie ustaje. Nie są ze sobą już siedem lat. Marcin został z dziećmi w stumetrowym apartamencie, który kupowali wspólnie. Ula wróciła to swojego mieszkania, dwa pokoje z kuchnią. Stan na dziś: dzieci mieszkają z ojcem. Taka była decyzja sądu. Ona widuje je co drugi weekend i w każdy wtorek i środę. 
Najgorsze są jesienno-zimowe poranki, Ula z trudem zwleka się z łóżka, włącza ekspres do kawy. Za ścianą obok słychać śmiechy, marudzenie budzących się dzieci i pokrzykiwanie dorosłych: „Śniadanie, szybko śniadanie, herbata na stole”. W mieszkaniu Uli panuje cisza. Bilans ostatnich lat. Najpierw straciła faceta, potem pracę, potem Maurycego i Tosię. Złe wybory, złe wybory. 2005 rok. Martę, przyjaciółkę Uli, zostawia partner. Zbliżają się ferie, ona z Marcinem ma wykupiony tydzień pobytu w górskiej miejscowości. Ale organizuje też wielki event na tysiąc osób, rezygnuje z wyjazdu. Marcinowi tłumaczy: „Pojedźcie z Martą, ona tak bardzo potrzebuje opieki i wsparcia”. – Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że coś się między nimi zadzieje – wspomina dzisiaj. Tydzień po powrocie z Zakopanego Marcin ją zostawia – już jej nie kocha, ma dosyć kłótni, chce spokoju. Marta najpierw kręci, lawiruje, w końcu wybucha: „Przecież nieraz mówiłaś, że go nie chcesz”. Ula nienawidzi męża. Popełnia błąd za błędem – dziś to wie. Półtoraroczna Tosia nic nie rozumie z rozstania, ale starszy o cztery lata Maurycy dopytuje, dlaczego tata już z nimi nie mieszka. Ula nie szczędzi synowi gorzkich słów: „Tata wyprowadził się do cioci Marty, już nas nie kocha”. Choć przecież wie, że Marcin kocha dzieci. Zajmuje się nimi, przywozi, odwozi, jest na każde zawołanie. Ale Ula szaleje, Marcin wyrzucił ją jak śmieć, zapomniał, ile dla niego zrobiła, jak mu pomagała, to dzięki niej ma dobrą pracę, samochód, biją się o niego firmy. Ból jest straszny, najlepiej ukoić go nienawiścią, najlepiej powiedzieć dzieciom prawdę, a potem z tych wyrzutów sumienia i ze złości na siebie napić się wina. Robi tak zresztą nie pierwszy raz. Dużo się kłócili z Marcinem, zawsze po alkoholu, który pili do kolacji. W końcu zobaczyła, że jemu wystarcza kieliszek, a ona nie dość, że dopija butelkę, to jeszcze później nerwowo przegląda szafki w poszukiwaniu babcinej nalewki czy butelki ukochanego ajerkoniaku. Gdy Marcin w końcu stwierdził, że ma problem z piciem, zaczęła się ukrywać. W markecie kupowała butelkę, przelewała do kubka z kawą i piła na parkingu, zanim weszła do domu. – Musiałam rozładować napięcie, lęk przed kolejną kłótnią, niepokój – wspomina.
Długo nie dzielą się Marcinem opieką nad dziećmi. Dzieci kursują z domu do domu. Tylko Maurycy staje się coraz bardziej niegrzeczny. Kiedyś rozwala ulubioną kolejkę, w złości demoluje resztę swojego pokoju. „Nienawidzę cię, nienawidzę, jesteś głupią krową” – krzyczy do Uli. Zmęczona po ciężkim dniu wybucha: „Jeśli tak się zachowujesz, zamieszkacie z tatą!”. Po tej awanturze Maurycy nie chciał  do niej wrócić przez półtora miesiąca. – Marcin nie współpracował, nie próbował rozmawiać z Maurycym, przekonać go. Dał prawo do decydowania dziecku. Powiedział: „On tak chce”. Tak naprawdę był zadowolony, że syn wybiera jego. 
Ula zakłada sprawę o uregulowanie kontaktów z dziećmi. Marcin w odpowiedzi wysyła do sądu wniosek o badanie w RODK i ustalenie miejsca pobytu przy ojcu. Żąda ograniczenia kontaktów, widywania się Uli z dziećmi raz w miesiącu tylko pod opieką kuratora. Kolejne spotkanie z psychologami, długie rozmowy.
Polskie sądy rodzinne prawo do opieki przyznają z reguły matce. Ale adwokatka uzasadnia: była partnerka jej klienta jest niestabilna emocjonalnie, obarcza dzieci problemami, nadużywa alkoholu, straciła pracę. W ręku ma mocne dowody. Marcin trzy razy nasłał na Urszulę policję. Widział ją z okna, jak szła do domu z winem. Godzinę później dzwonił na komisariat z informacją, że podejrzewa, iż jego dzieci nie są bezpieczne. Przyjeżdżał patrol, robił badanie alkomatem. Koniec, kropka. Z faktami się nie dyskutuje. „Kogo obchodziło, że dzieci śpią? Czy byłam jedyna? Nie. Ale wiem, że sama jestem sobie winna, wiedziałam, że może to zrobić, a mimo to musiałam sobie nalać kieliszek, dwa” – mówi Ula. Sędzia, uzasadniając decyzję sądu: „Żadne z państwa nie jest idealne, ale teraz dzieciom lepiej będzie przy ojcu”. Do Uli: „Może pani złożyć kolejny wniosek, odwoływać się od decyzji, ale za jakiś czas, gdy zmieni się pani życiowa sytuacja”. Urszula zapisuje się na terapię dla osób uzależnionych. Chodzi też na terapię indywidualną. Do psychologa dziecięcego zapisują też Maurycego. Diagnoza: za agresją stoi lęk, brak poczucia bezpieczeństwa. Maurycy przeżywa konflikt lojalności. Urszula wypytuje go, co robi tata, z kim się spotyka. Tata opowiada, że mama jest nieodpowiedzialna, dopytuje, czy pije. Chłopiec szybko wyczuł, że rodzice są przeciwko sobie, nauczył się nimi manipulować. Kilka tygodni po decyzji sądu o tym, że zostaje z tatą, Maurycy dzwoni do Urszuli i płacze w słuchawkę: „Zaaaaaabierz mnie od tego potwora”. Ula próbuje dociekać, co się stało. Marcin wrzeszczy: „On nie chce się uczyć”. Innym razem Maurycy chowa się za blokami na osiedlu, bo nie chce, żeby ojciec zabrał go do siebie. Urszula szuka chłopca z sąsiadami. Marcin w końcu się poddaje: „Nie róbmy cyrków, przyjadę jutro”. Tosia zaczyna źle sypiać, płacze przez telefon: „Mamusiu, ja chce do domku”.  „Córeczko, teraz jesteś trochę u taty, ale bardzo cię kocham”. Rezygnuje z obarczania dzieci swoimi emocjami. Gdy syn krzyczy: „Nienawidzę cię, nienawidzę”, przytula go. Gdy mówi: „Chcę umrzeć”, tłumaczy, że jest dla niej najważniejszy na świecie, a świat jest piękny. Marcin, na początku zacięty, pilnujący jej czasu spędzanego z dziećmi powoli odpuszcza. Nie jest mu wygodnie z dwójką dzieci. „Zostaniesz z nimi?” – dzwoni w piątek rano, chociaż to jego weekend. „Odbierzesz Tośkę z przedszkola?” – prosi, chociaż wie, że zaczęła nową pracę i za zwalnianie się wcześniej mogą ją po prostu wyrzucić. – On sobie z wieloma rzeczami nie daje rady. Jest świetnym ojcem, ale nie ma intuicji matki. Muszę osiągnąć stabilizację.
Terapeutka mówi: spokojnie, cierpliwie, powoli.
Ale w niej wciąż kipi złość: Dlaczego to on ma być z dziećmi? Przeraża ją zdanie, które sama wymawia: „Zbieram dowody”. Zaraz się tłumaczy: – Po prostu muszę odzyskać dzieci.
Dzwoniła do Marcina podczas wakacji, był z Maurycym i Tosią. Nie było 16.00, a już ledwo mówił przez telefon, bo drinkowali ze znajomymi na plaży. Inna sytuacja: Maurycy przyjeżdża po tygodniowej przerwie, zagląda mu do zeszytów, a tam uwaga na uwadze: „Brak pracy domowej, brak pracy domowej”. I upomnienia: „Proszę o zapłacenie składki za ubezpieczenie do wtorku”. „Maurycy wciąż nie wpłacił pieniędzy na wycieczkę do Centrum Kopernik”. Dlaczego on tego nie zauważa, nie pilnuje.
A jednak robi się spokojniej. Ostatnio podjechał z zeszytem Maurycego. Siedziała z dziećmi w pobliskiej restauracji. Podszedł, przywitał się z jej mamą. „Tato, tato, usiądź, usiądź z nami” – gorączkowała się Tosia. Nie zbył jej, nie powiedział: „Muszę pędzić”. Wypił nawet kawę. Na pożegnanie podali sobie rękę.
„Ja bym, mamuś, bardzo bardzo chciała, żebyśmy wszyscy mieszkali w jednym domu” – powiedziała Tosia.

Przyjaźń dla dzieci
Iza rozwiodła się, ale wciąż utrzymuje kontakt z byłym mężem. Kupiła dom ulicę dalej. Widują się właściwie codziennie.

„Jezu, ale ciężkie te zakupy” – Iza wyciąga kolejne torby z samochodu. Ser, mleko, jajka, owoce, dużo wody i soków. Właściwie zrobiła zakupy do dwóch domów. Swojego i byłego męża – poprosił ją, bo już nie zdąży dzisiaj podjechać do sklepu. No i nie wiadomo, gdzie będą dzisiaj spać dziewczynki. Niespodziewana sytuacja – rozchorowała się szefowa i to Iza musi ją zastąpić na konferencji w Jachrance. Telefon do byłego: „Jezu, Piotr, pomocy…”. I szybka odpowiedź: „Jasne, odwołam mecz i jestem w domu. Mam spać u mnie czy u was?”. Z konferencji wróciła nad ranem. Na dole rozłożona kanapa. Piotr śpiący z córkami. Widać, że zasnęli przy oglądaniu filmu. Wzruszona okryła ich kocem. Czasem koleżanki Izy stwierdzają: „Nigdy się z nim nie rozstałaś”. Nieprawda. Już nie chce być jego kobietą, nie kocha go. Ale jest jej bliski. A przede wszystkim jest mężczyzną życia dla ośmioletniej Jagody i sześcioletniej Basi. Mieli za sobą wiele trudnych przejść. Gdy urodziły się dziewczynki, ich drogi się rozeszły. Klasyka – ona w pieluchach, on w pracy. Był redaktorem w dużym dzienniku ogólnopolskim. Do domu wracał po 22, gdy córki już spały, a ona była zbyt zmęczona, żeby zamienić z nim choćby słowo.
Gdy Basia skończyła dwa lata, Iza zakochała się w innym mężczyźnie. Ona samotna, on zabiegający. „Zakochałam się” –  oznajmiła Piotrowi na wakacjach. To wyznanie to był impuls. Był słoneczny dzień, znajomi właśnie wybierali się nad morze, on z nosem w laptopie śledził kolejne wiadomości z kraju i ze świata. „Są wakacje, wiesz ?” – spytała. „Dobra, dobra, idźcie same” – zbył ją. Więc krzyczała w tym pokoju hotelowym: „Nie dbałeś o mnie, nie przyjechałeś do szpitala, nie zapytałeś, co w pracy, obgadywałeś moje przyjaciółki”. „Możemy się rozwieść” – powiedział beznamiętnie. Iza: – Nienawidziłam go, nawet o mnie nie zawalczył. Miałam poczucie zmarnowanego życia, bo tamten mężczyzna – choć fascynujący – nie nadawał się na partnera kobiety z dwójką dzieci.
Kolejne miesiące to nieustanna walka. Gdy do Piotra dociera, że go zdradziła, kompletnie się od niej odcina. „Nie chcę z tobą rozmawiać” – mówił. Przyjeżdżał po córki i czekał na nie przed domem. „Wejdziesz, tato? Pokażę ci nowe książki” – pytała starsza. „Nie, nie chcę” – odpowiadał naburmuszony. Po pół roku Iza napisała maila: „Proszę, porozmawiajmy”. Przyszedł na wino, został do rana. Spał na kanapie. Bolało, bo wiedzieli, że już nigdy nie będą razem, ale tamtej nocy ustalili zasady. Działają razem: ze względu na dzieci. Na kartce spisywali: ty zawozisz je do szkoły, bo ja muszę być na 9.00 w firmie, ty odbierasz w czwartki i piątki. Ty chodzisz w sobotę na basen. Ja popołudniami wożę na koszykówkę, taniec i angielski. Kartka bardzo szybko poszła w kąt, zasady ustalały się same. Podstawa nowego życia – elastyczność. I kompromis, no i wspólny front. „Mamo, a tata jest straaaszny”– żali się Jagoda. Iza rozmawia, próbuje dowiedzieć się  w czym problem, ale nigdy nie wykorzystuje swojej siły.
On wobec dzieci zmienił się o 180 stopni, wreszcie mogła na nim polegać, one zaczęły mieć ojca. „Tato, obiecałeś mi kolorowe gumki, kupiłeś” – Jagoda biegnie do Piotra i wtula się w jego koszulę. „Tato, a na co idziemy do kina?” – dopytuje się Basia. Dziś widują się z nim codziennie, codziennie też rozmawiają.
Rozwodzili się stopniowo. Najpierw umówili się u notariusza na podpisanie rozdzielności majątkowej, kolejnym krokiem był podział tego, co mieli do tej pory. Powoli, powoli, powoli. Czasem walczyła z zazdrością. Przecież kiedyś była dla dziewczynek najważniejsza. Dlaczego one tak bardzo cieszą się na tatę? Zdarzyło się, że nie potrafiła się powstrzymać. „Kochasz bardziej tatę czy mnie” – zaraz gryzła się w język i sama sobie odpowiadała: „Jasne, tak samo”. Koleżanki mówią: „A co, gdy on się zakocha? Będzie miał nowe życie? A co, gdy ty się zakochasz i twój partner nie będzie chciał, żeby on przychodził?”. Iza: – Pogodziłam się z tym, że nie wyszła nam miłość, bolała obojętność, ale zdusiłam w sobie emocje. Oddzielam to: jedno to my jako para, drugie my jako rodzina. Piotr zawsze będzie moją rodziną. Mam nadzieję, że nasi przyszli partnerzy to zaakceptują.

NASZA AKCJA
Rozwodzimy się coraz częściej i w coraz większej wrogości. Wyjątkami są ci, którzy rozstają się z klasą i potrafią – czasem tylko dla dobra dzieci – zachować poprawne, a nawet przyjacielskie stosunki. 80 procent dorosłych Polaków postrzega to zjawisko jako bardzo poważny problem społeczny. Dla dzieci rozwód rodziców to zawsze w pewien sposób koniec świata. Ale ten świat można – na nowych warunkach – odbudować. „Gaga” rozpoczyna akcję: „Dziecko do podziału. Jak być rodzicem po rozwodzie”. W kolejnych numerach będziemy poruszać różne aspekty tego tematu: m.in. opieki naprzemiennej, mediacji, sytuacji prawnej rodziców, rozstań małżeństw różnych narodowości. Patronat nad akcją objęli Rzecznik Praw Dziecka i fundacja Rodzice Przyszłości. O tym, że można „rozstawać się po ludzku”, będą opowiadały na naszych łamach osoby znane ze świata mediów i polityki. Czekamy też na Wasze historie: jak poradziliście sobie po rozwodzie, jak wyglądają Wasze relacje z byłym partnerem/partnerką i dziećmi.

Redakcja ePrzedszkole.com.pl