Czym skorupka za młodu

30. sierpień 2013 - 8:32

Zakładka o nazwie „powitanie” wzbogacała się o kolejny przykład.
Miałem wołać „dzień dobry” – nieprzynaglany i z daleka – sąsiadom, znajomym, wchodząc do jednego z czterech ulubionych sklepików, i w ogóle osobom starszym. Czyli tak naprawdę wszystkim.

Wprawdzie od tamtej pory na świecie pojawiło się sporo osób, od których to ja jestem starszy, ale oprogramowanie z dzieciństwa wciąż działa – i każdorazowo odczuwam potrzebę przywitania się, otwierając drzwi, za którymi mnie jeszcze nie było. Tak jest i tym razem. Powinienem się przedstawić, prawda?


Dzień dobry, nazywam się Grzegorz Kasdepke i to właśnie przeze mnie Państwa dzieci wieczorami, zamiast przysypiać, chichoczą jak oszalałe. Jestem autorem książek, które, mam nadzieję, bawią także dorosłych. Jestem też ojcem siedemnastoletniego Kacpra, który bardzo pilnuje, abym nie popadł w samouwielbienie.

Od tego numeru „Gagi” będę dzielił się z Państwem moimi wychowawczymi frustracjami.
Mimo że mój rodzinny Białystok w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku nie miał nic wspólnego z Krzemową Doliną, oprogramowanie, w jakie mnie wyposażono, działa bez zarzutu.
A przecież i wtedy na świecie roiło się od wirusów!

Byłem świadkiem karczemnych awantur w kolejce po mięso, każdego miesiąca oglądałem na żywo nowy odcinek plenerowego serialu pod tytułem „Robotnicza brać cieszy się z wypłaty”, patrzyłem na partyjnych działaczy w telewizji, słuchałem ich
kolegów w radiu, chodziłem na pochody pierwszomajowe, które zawsze kończyły się tak samo – popijawą w parku. Na dobrą więc sprawę powinienem nasiąknąć peerelowskimi manierami – i żadne upomnienia mamy nie miały prawa osiągnąć rezultatu. Dlaczego osiągnęły?
Cóż, przyczyny są zapewne trzy.

Artykuł z magazynu Gaga